Wywiad z Edoardo Falcone, reżyserem filmu „Jak Bóg da”

26 sierpnia b.r na polskie ekrany kin wejdzie włoski film pt. „Jak Bóg da”.

Jak-Bog-da_plakat_polacy_we_Wloszech

Poniżej przedstawiamy wywiad z Edoardo Falcone, reżyserem filmu:

Skąd wziął się pomysł na ten film?
Chciałem stworzyć film, który będzie mówił o naszej rzeczywistości w humorystyczny, obrazoburczy sposób. Zawsze byłem entuzjastą klasycznej commedia all’italiana. Najważniejszymi punktami
odniesienia byli dla mnie Monicelli, Risi, Germi i Scola. Ale także ich scenarzyści: Age, Scarpelli, Maccari, Sonego, Vincenzoni i inni. Dlatego też szukałem innego pomysłu niż typowa komedia
romantyczna czy farsa. Pomysł wziął się z obserwacji. Znam wielu ludzi, którzy twierdzą, że są tolerancyjni, demokratyczni i oświeceni, ale w rzeczywistości zupełnie niezdolni do akceptacji
krytyki własnych poglądów, co jest zupełnym przeciwieństwem tego, co mówią. Taki jest też Tommaso, zarozumiały lekarz, który przez spotkanie z wyjątkowym księdzem, Don Pietro, będzie
musiał obrócić swoje życie i wszystko, co uważał za pewnik, do góry nogami.
Jak przebiegała współpraca z Marco Martanim przy pisaniu scenariusza?
Nigdy wcześniej nie pracowałem z Marco. To było naprawdę szczęśliwe spotkanie. Jest nie tylko świetnym scenarzystą, ale też wspaniałą osobą; kimś, kto pracuje z pasją i nigdy nie osiada na
laurach. Mam nadzieję, że nadal będziemy razem pracować.
Ten film to Pana reżyserski debiut. Co skłoniło Pana do zrobienia tak dużego kroku?
Głównym powodem było to, że chciałem mieć pełną kontrolę nad projektem. Bycie scenarzystą jest
świetne, ale czasem też frustrujące. Pracuje się miesiącami nad projektem, który w pewnym momencie zostaje nam w pewnym sensie odebrany. Od tego momentu jakby przestajemy istnieć.
Jedyne, co możemy zrobić, to pójść do kina i zobaczyć, co ktoś inny zrobił z tym, co napisaliśmy. Czasem jest to wspaniałe przeżycie, ale czasem wręcz przeciwnie.
Jak wyglądał proces tworzenia filmu?
To było jedyne w swoim rodzaju przeżycie. Film wymaga miesięcy skupienia i całkowitego poświęcenia. Życie prywatne staje się niejako dodatkiem do projektu, który się tworzy. Od pomysłu,
poprzez scenariusz, obsadę, zdjęcia, aż po postprodukcję to nieustanne parcie naprzód pomimo tysiąca przeciwności, ale też niezrównana satysfakcja.

gassman_film_polacy_we_wloszech

Którą fazę wspomina Pan najlepiej?
Trudno powiedzieć. Oczywiście, jako scenarzysta szczególnie doceniam pisanie. Trafne przeczucie, nagły zwrot akcji, zdanie, które kończy scenę – to niezmiennie wspaniałe chwile. Ale potem
zostajemy rzuceni na plan zdjęciowy i otwiera się przed nami nowy świat. Odkrywamy wtedy wszystkie cuda i zagrożenia w pracy z aktorami i ekipą.
Co było najbardziej skomplikowane?
Zdecydowanie praca na planie. To jak jakiś niesamowity piekielny krąg, gdzie jednocześnie musimy być Wergiliuszem, Dantem, Beatrycze i Charonem.
Co zdecydowało o wyborze obsady?
Praca z aktorami to dla mnie podstawa. Nawet jeśli jest to komedia, zależy mi na tym, by wszyscy aktorzy byli przekonujący. Po tygodniach propozycji i wątpliwości, kiedy padł pomysł obsadzenia
Gassmana i Gialliniego w głównych rolach, od razu wiedziałem, że to będzie strzał w dziesiątkę. Tak też było. Koło doskonale dopełnia też jedna z najwspanialszych aktorek naszego kina, Laura Morante, jako niezadowolona żona. Reszta poszła już z górki: mnóstwo przesłuchań i spotkań, aby każdą rolę obsadzić z takim samym zaangażowaniem.
Czy może Pan przedstawić nam bohaterów filmu?
Tommaso jest człowiekiem, który ma strasznie wysokie mniemanie o sobie, ale w każdym innym aspekcie jest jakby pusty w środku. Jego żona Carla to nieszczęśliwa i sfrustrowana kobieta. Bianca,
ich starsza córka, jest śliczną idiotką. Gianni, jej chłopak, to ambitny agent nieruchomości, który nie cofnie się przed niczym. Andrea jest ulubieńcem Tommaso, ale też jego największym
rozczarowaniem. No i Don Pietro, ksiądz, który w żaden sposób nie przypomina księdza, ale który w pośredni lub bezpośredni sposób odmieni życie głównych bohaterów.
Jak pracowało się z Giallinim i Gassmanem?
Marco i Alessandro to fantastyczni aktorzy o dużym dorobku i z dużym doświadczeniem życiowym. Cudownie było móc być ich reżyserem. Myślę, że obaj nadali swoim postaciom pewnej
prawdziwości i szczerości, za co jestem im niezmiernie wdzięczny.

A inni aktorzy?
Ze wszystkimi chciałem nawiązać szczere ludzkie relacje, a przy tym nie tracić z oczu pracy nad ich postaciami. Kiedy czasem na nich wpadam, wciąż mnie pozdrawiają, więc chyba nie poszło najgorzej.
Jak opisałby Pan ten film?
Ciężko jest mi znaleźć definicję. Chciałbym po prostu, żeby widz, wychodząc z kina, pomyślał sobie:
„No proszę, prawdziwa commedia all’italiana!”

 




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.