Maria Teresa Bulhak-Jelski: Jestem Europejką, która ma poczucie obowiązku do Polski i do przekazania innym tego co Polska mi dała

Serdecznie zapraszamy do przeczytania wywiadu z panią Marią Teresą Bulhak-Jelski, która od wielu lat jest Prezesem Nowego Stowarzyszenia Włosko-Polskiego w Marche -AIPNM.

Kim się Pani bardziej czuje Pani Mario, Włoszką czy Polką?

 

To bardzo trudne pytanie. Przede wszystkim jestem Europejką, która ma poczucie obowiązku do Polski i do przekazania innym tego co Polska mi dała.

 

A co Pani dała Polska?

Dała moją postawę i pewną siłę. Miałam  trudne dzieciństwo, a potem przymusowo opuściłam Ojczyznę. Do Polski mam więc poczucie przynależności i obowiązku. Do Włoch zaś, gdzie spędziłam większość mojego życia mam wdzięczność. Za to życie jakie miałam, za włoskiego męża, za rodzinę, którą założyłam. To są dla mnie najważniejsze rzeczy.

Myślę jednak, że Polsce jak tylko mogłam (jak moje obowiązki rodzinne mi tylko na to pozwoliły), wszystko co mogłam dać, to dałam.

Jak to się stało, że mówi Pani tak dobrze po polsku?

Rozmawiałam najpierw z najbliższą rodziną, a potem moją rodziną, którą założyłam. To co zapomniałam to mi przypomnieli lub nauczyli uchodźcy z lat osiemdziesiątych, z którymi się spotykałam. Z Polską do dziś jesteśmy związani. Mój syn pracuje w Polsce, choć mieszka we Włoszech. Moje córki też mówią po polsku. Uważam, że Polska nas zawsze potrzebuje.

 

Pod Pani skrzydłami powstała i wzrasta Szkoła Języka i Kultury Polskiej ANDERS, z siedzibami w Maceracie, Perugii i Ankonie. Ma Pani około setki “andersowych” wnucząt. Kiedyś jednak nie było takich szkół polonijnych, a Pani udało się nauczyć swoje dzieci mówić językiem ojczystym. Jak Pani tego dokonała?

Od dzieciństwa mówiłam z babką, moją babką. Ona przyjechała z Polski do Włoch w 1942 roku. do siostry, która mieszkała w Rzymie. Przebywała we Włoszech ze względu na słabe zdrowie, które odczuwało srogie zimy. Ona, już jako 70 letnia kobieta, tuż po wojnie, założyła w Rzymie samopomoc. Było tu bardzo dużo starszych osób, które z racji wojny nie mogły wrócić do Polski, a które były osamotnione i potrzebowały opieki. Ja miałam 11-12 lat kiedy przyjechałam do Włoch i często  zostawałam z moją babką. Towarzyszyłam jej w wizytach do tych starszych osób, które mieszkały na obczyźnie. Chodziłam z nią do tych Polaków, robiłam to, choć to było dla mnie bardzo trudne. Moja babka mnie nauczyła, że to jest obowiązek, tak samo jak podtrzymanie polskiej tożsamości i języka. Toteż tak przekazałam moim dzieciom.

 

A proszę mi powiedzieć skąd się bierze Pani zaangażowanie w środowisku polonijnym tu we włoskim regionie Marche.

To jest odziedziczona tradycja. Nasz dom kupił mój pradziadek dla swojego brata, który był bardzo chory na suchoty. W 1860 roku było dużo osób, które chorowały i umierały na tą chorobę. Groby są w Warszawie, to byli  młodzi ludzie. Dom nasz był punktem polskich spotkań. Kto potrzebował, kto wiedział to przekazywał innym tę informację.

Moja działalność tu we Włoszech jest z poczucia obowiązku, odziedziczonego po przodkach, nawet jak jest trudna. Świadectwo obywatelstwa mojej matki zostało podpisane nie przez Polaka, a przez Anglika, bo jak ona pojechala ze mna na Litwę to już byli Rosjanie i wszystkie przedstawicielstwa polskie dyplomatyczne były zamknięte. Skoro dla niej to było ważne i konsul angielski podpisali również i mój dokument, to to było dla mojej rodziny bardzo ważne. Staram się tego nie zaprzepaścić.

 

Dziękuję za spotkanie i poświęcony czas.

Życzę dalszych sukcesów w polonijnej działalności.

Korespondencja z Marche Anna Traczewska, autorka bloga PLorIT.

Wszelkie prawa zastrzeżone.




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *