Podróżując po Polsce na skrzydłach poezji

Przed wyjazdem z Bari, mojego miasta, odwiedzam bazylikę Świętego Mikołaja, by zabrać ze mną obraz grobowca Bony Sforza, królowej Polski i księżnej Bari, żony Zygmunta Starego. Bardzo kochanej przez lud, mniej przez wielmożów i własnego syna. Zabiorę go ze sobą na ziemię białoczerwonej flagi, takiej samej jak kolory mojego miasta.

Bona Sforza, foto: Wikipedia

Spoglądając w dół, poprzez okienko samolotu staram się rozróżnić granice pomiędzy Włochami, Chorwacją, Serbia, Węgrami, Czechami, Polską, lecz nie widzę ich wyrysowanych nigdzie. Chmury, ponad którymi od czasu do czasu przelatujemy, mają ciągle ten sam kolor. Nie zmieniają się, kiedy unoszone prądami powietrznymi przepływają nad Italią, Węgrami, Polską. Przemieszczają się z wolna, raz podobne falom, innym razem przybierając kształt pasm górskich. Nie znalazłem granic na ziemi. Ani na niebie. Granice istnieją w umysłach ludzi, którzy nie rozumują jak poeta. Poeci nie znają granic. Każde miejsce jest domem poety. Warszawa jest też i moim domem. Na lotnisku oczekuje na mnie, rzecz jasna przy wyjściu przeciwnym do obranego przeze mnie zawsze uprzejmy Aleksander Nawrocki, nasz poetycki opiekun, który zaprowadzi mnie do miejsca naszego pobytu, Domu Literatury, będącego jednym z miejsc, w których będzie odbywać się festiwal zadedykowany XVIII Dniowi Poezji UNESCO, wydarzenia, dla którego przyjechaliśmy tutaj.

Podoba mi się, że w Polsce praktycznie w każdym mieście są Domy Kultury czy Literatury, gdzie można przyjść i uczestniczyć w różnych wydarzeniach kulturalnych. Ten warszawski ma także wygodne pokoje dla gości. Przypadek sprawia, że do naszego autobusu wsiada Joanna Kalinowska, która przybyła tu kilka dni wcześniej, moja pomocna dłoń w kraju, którego języka nie znam, Uśmiecham się zadowolony z pomyślnego zbiegu okoliczności, uśmiecham się także przy nieudanej próbie pozbawienia mnie portfela przez jegomościa, niemającego ewidentnie pojęcia o tym, skąd przybywam. Ukraść portfel baryjczykowi dopiero co przybyłemu do Warszawy, cóż za pomysł! Krótka wymiana spojrzeń skierowuje go szybko ku wyjściu.

Dzień później pierwsze spotkania. Poeci węgierscy na Uniwersytecie ze studentami filologii, Joanna i ja, w towarzystwie Aleksandra Nawrockiego spotykamy się z uczniami XXXVII LO. im. J. Dąbrowskiego, liceum, w którym naucza się także włoskiego. Są obecni także uczniowie jednego z liceów z Katanii, przybyli tu w ramach wymiany. Spokojni i uważni uczniowie polscy, mniej spokojni, ale niemniej uważni ci włoscy, Szybko nawiązuje się nić porozumienia.

– “Będę mówił wolno, a Joanna wam przetłumaczy?”-

– “Nie trzeba, dziękujemy. Proszę mówić po włosku, my zrozumiemy ”-

Ta młodzież uczy się włoskiego zaledwie od roku i już go rozumieją. Tak jak na przykład rozumieją angielski u nas, którego uczniowie uczą się już od podstawówki poprzez gimnazjum i szkołę średnią.

– “ Przyjechałem z odległego Bari, Joanna urodziła się w Polsce, ale mieszka w Apulii, wchodzimy w skład grupy poetyckiej La Vallisa, pana Nawrockiego już znacie… bla, bla, bla … Czytamy nasze wiersze po polsku i po włosku, dialogujemy, odpowiadamy na pytania, robimy fotki, wymieniamy adresy… Proszę was, pokochajcie poezję, którą można dostrzec w wietrze, w morzu, o świcie i o zmierzchu, w jakimś zapachu, w oczach kochanej osoby. Ja dostrzegam ją także w chemii, fizyce, matematyce. Wierzcie mi, jest wiele poezji w każdym atomie, elektronie, w tezie matematycznej. Poezja jest wszędzie. Otacza was. Dajcie się otoczyć i porwać. Słudzy poezji są panami Wszechświata”.

Po południu jesteśmy w Domu Polonii, w Sali Kryształowej: wiersze zagranicznych poetów, koncert, wymiana upominków.

Poeci z Niemiec (niektórych spotkałem już wa Sarandzie, w Albanii), z Anglii, Bułgarii, Rosji, Rumunii, Polski, Włoch i Wietnamu. Śpiewa Diana (Rumunka polskiego pochodzenia) i Kamila (Polka). Na skrzypcach gra Nikola (Polka). Wiersze czytane są po polsku i w języku oryginalnym. Aleksander robi mi zaszczyt, prosząc o przeczytanie kilku swoich wierszy, przetłumaczonych na polski przez Joannę. Piękne wiersze we wspaniałym otoczeniu. Wieczorem w gronie poetów czytamy swoje wiersze przy lampce wina w kawiarni „Literatka”.

Rankiem następnego dnia morze poezji i dyskusji: uroczysta gala poezji oraz wręczanie nagród i wyróżnień w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza. A potem myślę sobie: Dom Literatury, Muzeum Literatury, Dom Kultury… cóż jeszcze znajdę w tej Polsce…

A potem odkrywam jeszcze Pałac Kultury, który zwiedzamy później.
Na każdym szanującym się festiwalu nie może zabraknąć momentu poświęconemu uhonorowaniu rozmaitych uczestników i wręczaniu nagród. To dopiero zabawne, gdy przysłuchujesz się dyskusji, w języku, którego nie znasz, pomimo dobrej woli Joanny, streszczającej ważniejsze punkty programu. Kiedy występują Rumuni, cośkolwiek rozumiem. Z polskiego raz na jakiś czas wyławiam swojskie brzmiące słowa. Nagle dociera do mnie słowo w pełni zrozumiałe . “Atrament” (po łacinie jest atramentum), połączona ze słowem “pisarz” lub poeta. Atrament? Pisać? Scrivere? A więc mówi się o nas, a nie o kobietach czy autach na przykład!

Po południu kontynuujemy spotkanie z poezją w Muzeum Literatury, a po kolacji wiersze i wino w “Literatce”.

Jestem w moim pokoju i wyglądam przez okno: jest pełnia dnia, cień kolumny, na której stoi król Zygmunt oznacza upływ mijających godzin, słońce ogrzewa plac, widzę młodych ludzi siedzących na niskim murku, bosych. Dwoje się całuje jak kochankowie Préverta, ukryci w załomie muru zamkowego, poczas, gdy turyści robią fotografie resztkom murów obronnych. Jestem pewien, że szepczą sobie słodkie słowa, podczas gdy wietrzyk nadpływający znad Wisły porywa je i niesie nad dachami pokrytych czerwoną dachówką domów, by wymieszać je potem z muzyką ulicznych artystów i gwarem przechodzących ludzi.

Każdego wieczora poezje czytane poetom przez poetów…z jednym wyjątkiem…poeta wietnamski Lam Quang My swoje poezje śpiewa, bo tak to czyni się w jego kraju. Wszyscy zostają oczarowani. Nie rozumiemy ani słowa, rzecz jasna, mogłaby to być równie dobrze lista zakupów, lecz piękno języka nas urzeka. Siedzimy zasłuchani.

Następnego dnia zięć Aleksandra wiezie nas swoim Volvo, prowadząc pewnie i po mistrzowsku, broniąc nas przed atakami kierowców Tirów, z których jeden koniecznie chciał nas wbić w asfalt, wiezie nas do Staszowa, gdzie mamy spotkanie z poetami miejscowymi i nie tylko, w tamtejszym Domu Kultury. Miasto liczące około trzydziestu tysięcy mieszkańców ma piękny Dom Kultury doskonale utrzymany i prowadzony pewną ręką kierowniczki, pani Katarzyny. Wyróżnienia, lektura mnóstwa wierszy, muzyka skrzypcowa w wykonaniu Nikoli, śpiew Diany, kawa, herbata i ciasteczka, atmosfera spokojna i przyjemna. Może wydać się dziwnym, lecz słuchanie poezji, nawet w całkiem nieznanym języku ma swój szczególny urok. Może to dźwięczność i rytm wierszy wytwarza tę magiczną atmosferę pomiędzy uczestnikami.

A potem z powrotem w Warszawie. Opuścimy nasze zakwaterowania, lecz pozostaniemy gośćmi w domu państwa Nawrockich, podejmujących nas obiadem i kolacją. Po południu udajemy się do Chotomowa w gminie Jabłonna, miejscowości położonej w pobliżu Warszawy. Zaskakuje nas serdeczne gościnne przyjęcie w sali pełnej ludzi w bibliotece prowadzonej przez poetkę Annę Czachorowską.

Jako goście honorowi mamy zarezerwowane specjalne miejsca. Także tutaj lektura wierszy i koncert w wykonaniu Diany i Nikoli. Światło wpadające przez wielkie okna nadaje wszystkiemu szczególną atmosferę.

Wracamy do domu państwa Nawrockich. Oczekuje nas pani Barbara. Są naprawdę serdecznymi i gościnnymi gospodarzami. Czujemy się po prostu drogimi przyjaciółmi. Barbara towarzyszy nam aż do drugiej w nocy, bo o tej godzinie mamy wyruszyć nad Bałtyk, do Kołobrzegu.

Żebyśmy od razu poczuli się jak w domu, po przybyciu na dworzec okazuje się, że pociąg ma 45 minut spóźnienia, co o tej porze nocy nie jest szczególnie miłe. Pokropujący deszczyk zapowiada, że skończyły się towarzyszące nam dotychczas upały i nadmorskie powietrze okaże się dużo bardziej chłodne. Kuszetki w pociągach są wszędzie takie same, zauważam. Pozwalają jednak wygodnie przebyć dystans dzielący nas od morza.

A Warszawa? I jej piękno? Pośród tych wszystkich zajęć jak było można ją pozwiedzać? Nic (lub prawie nic) Nie jest niemożliwe dla tego, kogo nosi duch ciekawości połączony z parą sprawnych nóg i towarzystwem osoby, która zna miasto-mówię tu o niepowtarzalnej Joannie – i z planem miasta. Podczas gdy część nowa miasta wykazuje ślady powojennych architektonicznych wpływów radzieckich (szerokie ulice, blokowiska itd.), podczas gdy najstarsza część wykazuje oznaki skonsolidowanej kultury i silne poczucie przynależności do narodu polskiego. Wiedząc o tym, że miasto zostało całkowicie zniszczone podczas wojny – a fotografie w okrutny sposób pokazują, co oznacza słowo “zniszczenie”. Zburzona została, praktycznie rzecz biorąc cała historyczna część miasta, podziwiam, z jaką dokładnością została zrekonstruowana, w tych samych miejscach i gdzie to było możliwe, używając tych samych kamieni, które ludzka nienawiść zamieniła w gruzy. Wszystko to zdumiewa i budzi podziw dla narodu, który zawsze był dumny ze swojej historii, padając i podnosząc się z upadku wielokrotnie.

Sam lub w towarzystwie, wczesnym rankiem lub późnym wieczorem, lub po obiedzie wykorzystywałem każdą chwilkę, by pochodzić po mieście, by posiedzieć nad Wisłą i dać porwać jej bystrym wodom moje myśli, a także cząstkę mojej duszy. By uczestniczyć w mszy w pobliskim kościele o dziewiątej wieczorem, słuchając pieśni, których słowa wyświetlane są w nawie bocznej na dużym ekranie. Zmieszać się z tłumem zwiedzającym jakiś ciekawy obiekt historyczny.

Wraz z Joanną zwiedzam Pałac Kultury, imponujący budynek, w którym znajduje się pięć teatrów, strzeżonych przez pary ogromnych kamiennych lwów (teatry pełne podczas wystawianych spektakli), o jaskrawo widocznej formie architektury sowieckiej, ciężkiej i mastodontycznej w swojej sylwetce. Mówiono mi, że był projekt, by go zburzyć, na razie został zasłonięty przez otaczające go nowoczesne drapacze chmur, każdy wyższy od niego. Wyczuwam, że Rosjanie nie pozostawili po sobie zbyt dobrego wspomnienia. Z trzydziestego, lecz nieostatniego piętra wieży widać doskonale Warszawę rozciągająca się dookoła w cienkiej warstwie zwartych chmur, w labilnej mgle, która otula stolicę, z elektrowniami wyzierającymi spoza chmurek w oddali. Po półgodzinie, kiedy już wracamy tramwajem, złośliwe chmurki znikają bez śladu, pozostawiając czyste niebo.

Nasz nalot na Instytut Kultury Włoskiej w Warszawie można zaliczyć do legend. Ja i Joanna decydujemy zjawić się bez uprzedzenia, by uniknąć zwykłych wymówek udzielanych przez telefon. Chcemy się przedstawić, pokazać, że grupa La Vallisa z dalekiego Bari jest obecna także i w Polsce i zostawić kilka kopii antologii, które zaświadczają o naszej międzynarodowej wymianie kulturalnej na niwie poezji itd. Chcemy powiedzieć, że jesteśmy przejazdem w Warszawie, gdzie pozostaniemy przez kilka dni i chcemy porozmawiać kilka minut z dyrektorem Instytutu, lub z kimś odpowiedzialnym za wymianę międzynarodową, albo też z kimś, kto opiekuje się biblioteką.

Od razu poczuliśmy się tak, jakbyśmy weszli do sennego biura na Kapitolu. Plączemy się pomiędzy różnymi piętrami i pokojami oraz woźnymi i pracownikami (zawsze jednak grzecznymi).

Idźcie na drugie piętro, nie pomyliliście się, powinniście iść na trzecie – prawie jak u nas – tak, lecz to nie ten pokój, idźcie w tę stronę, albo lepiej w tamtą. Krótkie oczekiwanie. Przykro mi, pan dyrektor jest w tej chwili zajęty, osoba odpowiedzialna jest poza instytutem, być może wróci jutro, bibliotekarz jest na chorobowym, możecie wszystko przekazać mnie…”

O słodka Italio, jesteś mi bliska, jakbym nigdy cię nie opuścił.

Mówimy, kim jesteśmy, zostawiamy książki, które przynieśliśmy i bilety wizytowe, wychodzimy. Poza drzwiami wybuchamy śmiechem.

Znajdujemy także czas by odwiedzić Łazienki, które mijaliśmy wielokrotnie autobusem. Oglądamy duży pomnik Chopina, u którego stóp rozpościera się rodzaj ogrodu, w którym latem odbywają się koncerty. Złożyliśmy już hołd jego sercu w kościele Świętego Krzyża, w drodze pomiędzy jednym spotkaniem a drugim.

Robimy także wypad do pałacu w Wilnowie.

Mówi się, że kucharz, który używa dużo soli, jest zakochany. Dedukuję, że kucharz (lub kucharka) a Domu Literatury ogarnięta jest głęboką pasją-zapomniałem dodać, że oprócz pokojów gościnnych jest tu także restauracja. Muszę jednak przyznać, że dania są smaczne. Nie czuje braku zapiekanki z makaronu czy parmigiana z bakłażanów, czy też risotta z szafranem. Solidne zupy z osadzonymi w nich gęsto warzywami, kaszą lub makaronem o różnych kształtach i intensywnym gotowaniu i towarzyszące im potężne drugie dania z ziemniakami i przybrane rozmaitymi sałatkami na pewno zaspokoją głód. Może akceptuję je dlatego, że jem wszystko z wyjątkiem ślimaków i gotowanego móżdżku, lecz rzeczywiście nie ma powodów do narzekań. Podobnie też było w innych miastach. We wszystkich miejscach, w których się znaleźliśmy, Aleksander pozwolił nam znaleźć smacznie i suto zastawione stoły.

Na krótko przed wyjazdem z Warszawy odwiedzamy cmentarz na Powązkach, po którego nagrobkach można prześledzić całą długą i zaszczytną historię polskiej kultury.

W takich miejscach czuje się atmosferę bardzo szczególną, można spotkać znane postacie spoczywające tutaj od dawna już. Joanna pokazuje mi miejsca spoczynku poetów, pisarzy, muzyków i innych postaci historycznych. Przypadkiem przechodzimy też obok grobu rodziców Chopina. Tego dnia w Warszawie temperatura dochodzi do 30 stopni. Jest kwiecień. W Italii było chłodniej i przybyłem ubrany w czarną marynarkę i sweter z wełny, wybrane ze względów reprezentacyjnych i w przewidywaniu całkiem odmiennych temperatur. Dziękuję moim odległym arabskim przodkom, dzięki którym nawet na przestrzeni kilku stuleci w moim DNA zachowała się pewna odporność na zmianę temperatur.

Bałtyk i Kołobrzeg witają nas wiatrem i kilkunastostopniową temperaturą czyniąc w ten sposób przydatnym mój ubiór. Niebo jest szare, morze także. Bałtyk jest natychmiast witany półpogańskim rytuałem: pokropieniem głowy, zmoczeniem rąk i twarzy wodą. Miasto jest ładne, wyraźnie turystyczne, z piękną promenadą i piaszczystą plażą. Nie widać kąpiących się, ale tylko dobrze zakrytych turystów wybierających się na spacery wzdłuż morza, rozmawiamy z mewami, które bez strachu w naturalny sposób osiadają blisko nas.

Po kolacji istna kaskada poezji jest to kolejna edycja Kołobrzeskiej Nocy poetów w ramach XVIII Światowych Dni Poezji UNESCO, w których obchodach uczestniczyliśmy już w Warszawie. Siedzimy do późna, wymieniamy uśmiechy, kilka lampek wina, robimy fotografie.

Dzień później opuszczamy Aleksandra Nawrockiego: jedziemy pociągiem do Sieradza, gdzie oczekują nas przyjaciółki Joanny, także poetki: Alicja Kuberska i Agnieszka Jarzębowska, ze swoimi mężami, Wiktorem i Kazimierzem. Bardzo niechętnie oddzielamy się od naszego wspaniałego patrona, który prowadził nas przez liczne spotkania i który opiekował się nami jak brat. Jesteśmy trochę poruszeni podczas pożegnalnego uścisku. Zobaczymy się ponownie, ale nie wiemy kiedy.

Stwierdzam, że pociągi są opóźnione także w Polsce, ale to mnie nie pociesza. Ciepło, którym jesteśmy przywitani w Sieradzu, ma również smak domu. To nasze ostatnie dni w Polsce, które okazują się pełne ciepła przyjaźni i miłych wydarzeń.

Możemy spróbować także innych polskich potraw w domu Agnieszki i podziwiać jej fotografie. Artystka zarówno słów, jak i obrazu.

Następnego dnia rozpocznie się seria wycieczek, które pozwolą mi poznać inne aspekty tej niezwykłej ziemi, jaką jest Polska.

Kiedy byłem dzieckiem, na radiu domowym czytałem nazwy miast, z których nadawały stacje radiowe. Fascynujące i odległe imiona, które mnie oszołamiały. To radio, z którego słyszałam Carosio, który komentował gry narodowe, z rozmachem głosu-gdy gra była grana za granicą-oscylował, aby uwydatnić odległość; z którego słyszałem o inwazji na Węgry, zastanawiając się naiwnie, dlaczego armie zachodnie nie interweniowały; z którego wysłuchiwałem utworów lirycznych, których nuty wypełniały pokój, sprawiając, że cierpiałem z powodu losu Manrico, Violetty (wtedy byłem wielbicielem Verdiego, jeszcze nie Pucciniego). Pośród nazw, które najbardziej mnie zafascynowały znalazła się Łódź, z L nacięciem i akcentem nad o i nad zet.

Wieść o tym, że moi gospodarze zawiozą mnie, by ją zwiedzić zamknęło krąg sześćdziesięciu lat. I w końcu dowiedziałem się, jak poprawnie wymawia się nazwę tego miasta, z „ł” czytanym jak angielskie „w”. Po opanowaniu zdumienia mogłem już spokojnie cieszyć się przechadzką ulicą Piotrkowską, z jej 4 km trasy zamkniętej dla ruchu kołowego, pełnej sklepów, pubów, restauracji, budynków zabytkowych i nowoczesnych, obsadzoną pomnikami z brązu sławnych osobistości, usytuowanych tuż przy chodniku. Nie mogłem oprzeć się chęci, by usiąść obok Rubinsteina z palcami na klawiaturze fortepianu. Z przyjemnością odwiedziłem ogromną Manufakturę, niegdyś fabrykę tekstylną, obecnie nowoczesne centrum handlowe i dom dla Muzeum Sztuki Współczesnej-to się nazywa renowacja-tłum ludzi, niektórzy zajęci zakupami, inni w odprężającej przerwie przy stolikach z kawą. Tak: aby „powąchać” powietrze miasta, trzeba zmieszać się z tłumem i czuć się jego częścią. Oprowadzani przez Wiktora, męża Agnieszki, mamy okazję zwiedzić surowy budynek Naczelnego Sądu Administracyjnego w Łodzi, przepełniony zmierzoną ciszą, naznaczoną drewnianymi schodami, nakładającymi się inkrustowanymi półkami, przecinającymi duże pokoje owinięte aureola osłabionego światła. Część historyczna tego gmachu to dom Emila Eiserta, który jest jakby uzupełnieniem zabytkowej rezydencji.

Jeden z ranków poświęcony jest wizycie w szkole podstawowej, która w zasadzie łączy szkołę podstawową i gimnazjum (trochę inaczej jak u nas). Duży budynek otoczony trawnikami i klombami, nieco na uboczu. Wchodzimy i znajdujemy się w czymś w rodzaju saloniku otwierającym się na atrium, otacza nas przyjazna, cicha atmosfera. Wychodzi do nas uśmiechnięta pracownica szkoły, która prowadzi nas do dyrektorki szkoły, uśmiechniętej eleganckiej pani, która podejmuje nas ciasteczkami i kawą. Rozmowa toczy się dzięki uprzejmej pomocy Joanny (niech jej Bóg zawsze błogosławi!), a potem zwiedzamy terytorium szkoły. Szkoła wydaje się zbudowana wczoraj, nowe okna, meble, chociaż schody wydają się nieco starsze. Pytam: okazuje się, że została zbudowana trzydzieści lat temu, lecz dba się bardzo o konserwację, widać, że państwu zależy na szkolnictwie, tak samo, jak i na kulturze w ogóle. Sądzę, że na mojej twarzy pojawia się zielony cień zazdrości. Znaleźć fundusze, by kupić kredę i papier toaletowy lub toner czy też naprawić umywalkę doprowadza nas do szaleństwa, ukrywam to i milczę.

Chodząc korytarzami po posadzce, która wydaje mi się wyjątkowo czysta, a która właśnie jest myta przez milczącą woźną, rozmawiając półgłosem, by nie zakłócać królującej tam ciszy (niewiarygodne! Uczniowie są w klasach i toczą się lekcje! O czym zaświadcza pojedynczy uczeń kierujący się ku ubikacji) docieramy do sali gimnastycznej (sala gimnastyczna? Raczej hala sportowa, z widownią i wszystkim innym), a potem do basenu (tak, pełnowymiarowego) wyposażonego w szatnie i prysznice, wszystko jak należy.

Oczywiście nie podchodzimy do brzegu, bo mamy buty. Witamy się z instruktorami, o przepraszam, z nauczycielami wychowania fizycznego, w dresach i odpowiednich butach. Dalej wchodzimy do klasy, gdzie widzimy uczniów pracujących przy komputerach, każdy przy swoim, a potem do innej klasy, w której trwa lekcja.

Zauważam wiele rzeczy, jak na przykład porządek panujący na ławkach, wstawanie uczniów na powitanie gości, podnoszenie ręki przed zadaniem pytania, słuchanie z uwagą, podczas gdy mówimy, a także niecierpliwość ucznia, który chciałby powrócić do przerwanej lekcji. Próbuję trochę namieszać, przemieszczając się pomiędzy ławkami, udając, że szukam czegoś w książkach, ale nie udaje mi się. Widać, że dyscyplina traktowana jest tu z powagą.

Nasze spotkanie poetyckie z czytelnikami biblioteki miejskiej w Sieradzu odbywa się po południu, w ciepłej, przyjaznej atmosferze. Już ze wzmianek o nadchodzącym spotkaniu widać było, że mieszkańcy tego miasta lubią czytać. Podejrzewam, że u nas podobne spotkanie odbyłoby się w wyludnionej sali, ze względu właśnie na brak „czytelników”. Biblioteka jest nowoczesnej konstrukcji, ma duże okna, które zachęcają do czytania komfortem światła, które przebija się przez korony drzew. Miasto ma około 45 000 mieszkańców, a szacunek i miłość do kultury są widoczne. Jest wiele osób, które nas ciepło przyjmują. Opowiadamy, kim jesteśmy, mówimy o LaVallisa, czytamy wiersze po polsku i po włosku. Nasz język musi zawierać szczególny urok sam w sobie, z jego harmonią i naprzemiennością samogłosek i spółgłosek, w przeciwieństwie do innych, które wydają się dziwnymi ćwiczeniami, zestawiając ze sobą spółgłoski tak twarde, jak to tylko możliwe. Muszę jednak przyznać, że język polski ma swój własny urok, który jest doceniany, im więcej się go słucha. Przede wszystkim w poezji. Po serii interesujących pytań zawsze w nienagannym tłumaczeniu Joanny, powstaje pewien dżentelmen: „Jestem z Martiny Franca i mieszkam tu od wielu lat”. Spontanicznie wyrywa mi się: “I dopiero teraz to pan mówi?”. Feeling jest natychmiastowy. Zaraz po powrocie do Italii, tak jak mnie o to prosił, wysyłam mu pliki z moimi wierszami. Także w tej bibliotece nie brakuje delikatnych gestów w naszym kierunku (symbolicznych, rzecz jasna, lecz zawsze docenianych). Białej róży nie zapakuję do walizki, lecz pióro kulkowe tak. Kieliszek wina i ciasteczka najwyraźniej są do użytku osobistego.

W Sieradzu kończymy naszą przygodę na polskiej ziemi jako wysłanników La Vallisa i reprezentantów naszej ziemi. Pozostaje nam podziwiać krajobraz przesuwający się przed nami, kiedy jedziemy samochodem do Wrocławia razem z Agnieszką i jej mężem. Alicja ze swoim mężem dołącza do nas już na lotnisku, by lecieć z nami do Włoch, na zaproszenie Joanny. Teraz oni odbędą poetycki tour po Apulii, Agnieszka zaprezentuje także wystawę swoich fotografii. Jeszcze tylko szybki rzut oka na Wrocław, a potem wszystko pokrywają chmury, może po to, by zakryć smutek rozstania. W Bari odprowadzam moich przyjaciół do pociągu, który dowiezie ich na stację główną. Spotkamy się znów niedługo.

Nicola Accettura

Tłumaczenie: Joanna Kalinowska

Korespondencja: Joanna Kalinowska, stowarzyszenie Amici ItaliaPolonia z Taranto – amici@onet.pl




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *