Świat się zawalił, Bóg prawie umarł

W zbiorowej pamięci o wojnie dominują opisy walk i bitew. Tymczasem w dziennikach i wspomnieniach znajdziemy świadectwa cywilów, postrzegających wojenną rzeczywistość często z zupełnie innej perspektywy. Dzięki zapisom kobiet, które mimowolnie stały się kronikarkami tego czasu, możemy poznać warunki życia codziennego pod okupacją niemiecką i sowiecką, w gettach żydowskich czy w czasie dwóch powstań w Warszawie – w 1943 i 1944 roku.

Opis obrazu: Kuchnia na dworze używana do gotowania w lecie. Widoczna kobieta przygotowująca posiłek. Data wydarzenia: 1942-08 Miejsce: Osoby widoczne: Osoby niewidoczne: Hasła przedmiotowe: żywnoœæ, kobiety, Inne nazwy własne: Zakład fotograficzny: Autor: Poetsch Zespół: Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa Sygnatura: 2-1913


Hanna Świda, uczennica, we wspomnieniach

Pierwszego września [1939] przebywałyśmy z mamą i Zosią u cioci w Kolonii Wileńskiej. Ze zdenerwowania mama straciła pokarm. […] W tych pierwszych dniach nie docierały jeszcze do nas żadne odgłosy wojny, poza komunikatami w radio, z których prawie każdy kończył się: „Westerplatte
broni się nadal”. To mi zostało jako motto 1939 roku. Poza tym nadawano komunikaty o nalotach:
„Uwaga, uwaga, nadchodzi!”.
Gdy w kolejnych dniach dowiedziałam się, że Niemcy wkraczają i wszystko zabierają, przeżyłam straszny szok, bo czekałam przecież na zwycięstwo – świat się zawalił, Bóg prawie umarł. Jak to zabierają? Naszą Polskę? Tak się spłakałam, że nie mogli mnie uspokoić, nie spałam w nocy.
Kolonia Wileńska, wrzesień 1939 [Uchwycić życie, Warszawa 2018]


Zofia Nałkowska, pisarka, w dzienniku Radio, złe i skrzeczące, rzadko słyszalne, przynosi wciąż gorsze wieści: Zamek i Katedra zbombardowane, zarządzona ewakuacja ludności. Stacja francuska nadaje tekst odezwy prezydenta Mościckiego, który opuścił Polskę. Koniec brzmi: „Opatrzność wymierzy sprawiedliwość”. Wczorajsza ostatnia wiadomość, że armia sowiecka wkroczyła na terytorium Polski. […] Nie było jeszcze takiej
wojny – bombowce, tanki – jak z tym walczyć? Oficerowie są mniej otwarci, ale ich miny, gdy tu wchodzą, ich rozpytywania o drogę, o miejsca, ich dezorientacja świadczą o tym samym: o klęsce. Od wczorajszego wieczoru wszystko stało się jasne. Po zamilknięciu radia siedzieli wszyscy bez ruchu, w milczeniu – ludzie obcy sobie nawzajem, pogrążeni w tej samej rozpaczy. Niemcy, bolszewicy, wspólna granica między nimi. Powracają rzeczy znane z przeszłości, cały przezwyciężony koszmar historii odżywa. Więc te słowa zagrzewające – tak niedawne! – odezwy, plakaty, pewność własnych
sił – wszystko było aż takim złudzeniem!
Jeleniec, 18 września 1939 [Dzienniki 1939–1944, Warszawa 1996]


Mary Berg, mieszkanka getta warszawskiego, w dzienniku
Wiosna jest piękna, ale nie śmiemy wychodzić na ulicę. Wszędzie Niemcy urządzają łapanki na ludzi – także kobiety i dzieci – i zmuszają złapanych do ciężkiej pracy. Nie tyle przeraża nas ta praca, co okropne szykany, jakim poddawane są ofiary. Lepiej ubrane żydowskie kobiety zmuszane są do
sprzątania żydowskich kwater. Niemcy każą im zdejmować bieliznę i używać jej jako szmat do podłóg i okien. Nie trzeba dodawać, że często prześladowcy wykorzystują okazję, żeby się na swój sposób zabawić.
Warszawa, 5 kwietnia 1940 [Dziennik z getta warszawskiego, Warszawa 1983]

Anastazja Kumoter, mieszkanka Dubna, w dzienniku
Oznajmiono, bym pakowała swoje rzeczy w ilości dozwolonej [dla deportowanych na wschód] do 32 kilogramów. Wszystkie moje ruchy były kontrolowane i pilnowane. Nie wiedziałam od czego zacząć, co wziąć. […] Stanęłam bezradnie, płacząc. Eskortujący mnie [sowiecki] żołnierz podpowiedział bym wzięła bieliznę, pościel, ubranie ciepłe i żywność. Ponieważ byłam ponaglana, przystąpiłam do pakowania najniezbędniejszych rzeczy. Robiłam to wszystko jak automat. W rezultacie wzięłam ze sobą pościel, dwie poduszki i ciepłą kołdrę, koc, ciepłe ubrania, jak mi doradził ten żołnierz, i żywność. Zabrałam 20 kilogramów pszennej mąki, litr miodu, jeden chleb, trochę herbaty, cukru, prymus i litr nafty. Przy wyjściu wzięłam też filcowe buty męża, które używał na polowaniu. […] Stałam jeszcze chwilę na dworze. Żegnali mnie z płaczem sąsiedzi i podali bochenek chleba. Prosiłam, żeby zawiadomili moich rodziców o zabraniu mnie przez NKWD.
Dubno, 13 kwietnia 1940 [dziennik w zbiorach archiwum Ośrodka Karta, sygn. AW/II/1098]

Anna Kowalska, pisarka, w dzienniku
Szarzało, kiedy usłyszałam strzelaninę. Wojna – pomyślałam, popatrzyłam na zegarek – było trzy na trzecią. Przypomniałam sobie wczorajszą rozmowę w nocy o wojnie i położyłam się spać na drugi bok, naciągając kołdrę na uszy, by nie słyszeć strzelania […]. Po godzinie nie można był już udawać, że się śpi, z dołu ulicy Połczyńskiej dochodził hałas pędzących aut, tanków. Mocna strzelanina. Wyszliśmy na taras, we wszystkich oknach stali ludzie […]. Radio angielskie podało, że zaczęła się wojna niemiecko-
rosyjska.
22 czerwca 1941
Od piątej w kolejce, zdobyłam sok pomidorów, konserwy, cukier, margarynę, papierosy. Pięć nalotów, bomby […].
26 czerwca 1941
Rano po mleko na nowy Lwów. Bolszewicy strzelają do ludności. Nie można mieć okien otwartych, nie można podchodzić do okien. Ulicami przejeżdżają tankietki i auta, żołnierze z karabinami podchodzą do okiem. W wielu miejscach porywają z domu […].
27 czerwca 1941
A więc najgorsze przypuszczenia i opowiadania się sprawdziły. Bolszewicy wymordowali tysiące naszych ludzi, więźniów politycznych po więzieniach, w bestialski sposób […]. Miasto jest przeraźliwie ciche, już nie ma bolszewików – jeszcze nie ma Niemców, Żydzi chodzą przygnębieni.
Lwów, 28 czerwca 1941 [Dzienniki 1927–1969, Warszawa 2008]


Zuzanna Ginczanka, poetka
Non omnis moriar — moje dumne włości,
Łąki moich obrusów, twierdze szaf niezłomnych,
Prześcieradła rozległe, drogocenna pościel
I suknie, jasne suknie pozostaną po mnie.
Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,
Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,

Chominowo [dozorczyni kamienicy, w której ukrywała się poetka], lwowianko, dzielna żono szpicla,
Donosicielko chyża, matko folksdojczera.
Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym.
Bliscy moi — nie lutnia to, nie puste imię.
Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy [policjanci],
Też pamiętali o mnie. Przypomnieli i mnie.
Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:
Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze —
Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku
Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota
W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.
O, jak będzie się palić w ręku im robota,
Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,
Chmury prutych poduszek i obłoki pierzyn
Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;
To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym
I uskrzydlonych nagle w aniołów przerobi.
Lwów, 1942


Sabina Sebyłowa, pisarka, w dzienniku
Na naszym podwórzu jest bez liku dzieci. Bawią się. W co? W łapankę. W zabawach dzieci zawsze jest pewne odbicie spraw ludzi dorosłych. Duże chłopaczysko łapie malców. Zwłaszcza dziewczynki. Dziewczynki chcą się wytłumaczyć, wydostać. Jedna histerycznie łamie ręce, w których trzyma klucz:
„Panie, niech mnie pan puści! Zostawiłam dwoje małych dzieci w mieszkaniu! Pali się pod płytą.
Wyszłam po chleb. One są zamknięte – ręce się wiją, błagają – Co ja teraz zrobię? Dzieci są same. Niech mnie pan puści…”.
Warszawa, 26–27 stycznia 1943 [Notatki z prawobrzeżnej Warszawy, Warszawa 1985]


Halina Aszkenazy-Engelhard, mieszkanka getta warszawskiego, w relacji
O piątej rano jeden z kolegów przylatuje z krzykiem: „Getto oblężone, armaty, artyleria, strzelają ze wszystkich stron!”.
Zaprowadzili nas – kobiety – przez podwórze, do bunkru. Przez dziurę po misce klozetowej, po drabinie zeszło się na dół. A tam kolosalna sala i dużo ludzi. Kilka kubłów stało, żeby cały dzień wytrzymać… Tam siedziałyśmy od rana. Ciągle słychać strzały. I te buty ciężkie Niemców. Słyszymy, jak chodzą i krzyczą: „Raus! Raus! Raus!”.
Żeby wyjść. Wiedzieli, że ludzie się chowają. Ale my siedzimy cicho i nic, nie wychodzimy. Cały dzień tak. Wieczorem cisza. Można wyjść. Wracamy do naszego mieszkania, żeby się położyć.
To był pierwszy dzień powstania [w getcie warszawskim].
Warszawa, 19 kwietnia 1943 [relacja z kolekcji historii mówionej Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN]

Maria Dąbrowska, pisarka, w dzienniku
W Wielką Sobotę była przecudna letnia pogoda – dwadzieścia stopni ciepła. Wczoraj i dziś przepadują chwilami deszcze, ale na ogół pogoda piękna – słońce i wiosna – i za oknem ciągle obecna olbrzymia chmura dymu z getta. Pali się znowu pół Warszawy…
Warszawa, 26 kwietnia 1943 [Dzienniki 1933–1945, Warszawa 1988]


Zofia Kossak, pisarka, we wspomnieniach
Uczucia ożywiające transporty opuszczające [więzienie Gestapo] Pawiak (oddział kobiecy, Serbia) 5 października 1943 roku, były bardzo różne.
Kobiety o ciężkich grzechach politycznych, wielokrotnie katowane, nie spodziewające się niczego innego niż „rozwałki” nie posiadały się z radości. Tylekroć widziały się już w myślach wyprowadzane w ruiny getta z ustami zalepionymi plastrem tłumiącym ostatni okrzyk buntu i wolności!… Dla nich transport oznaczał odroczenie wyroku, przedłużenie życia o parę tygodni, może miesięcy – kto wie, może więcej? Mniejsza o to, dokąd prowadzą, skoro nie pod ścianę. Inne trwały w powszechnie wówczas panującej złudzie rychłego zakończenia wojny. Sądziły, że wyjeżdżają najwyżej na parę tygodni. A może nawet nie zdążą dojechać?
[…] Kurierki i inne „asy” wojskowe zapewniały z poważną miną, że transport będzie na pewno po drodze odbity. Nie dojedzie nigdzie. Uśmiechały się przy tym znacząco. Ten uśmiech dodawał otuchy
pozostałym. Nie brakowało jednak przygnębionych sceptyczek, niewierzących ani w rychły koniec wojny, ani w desant, ani w odbicie. Szczególnie rozpaczały kobiety schwytane przypadkowo, w ulicznej łapance lub uwięzione przez pomyłkę, zamiast kogoś innego, wiejskie gospodynie wygarnięte z podwarszawskiego pociągu, właścicielka mieszkania, której sublokator okazał się niepodległościowcem, ciotki lub babki konspirantów. Wszystkie one nie brały same udziału w żadnej
robocie politycznej, nie chciały słyszeć o niej, lękały się panicznie wszystkiego, co trąciło nieposłuszeństwem [wobec] władzy. Ufne w tę lojalność łudziły się naiwnie, że zostaną lada dzień
zwolnione. Wszakże były „niewinne”. […]
Z trudem wyciągano rękę, by dobyć z kieszeni strzępek przemyconego na Pawiak papieru. Któraś posiadała ołówek. gryzmoliły kolejno, opierając papier na karku sąsiadki, usiłując pisać czytelnie. Nie było to łatwe. Wagon szarpał, ręce drżały. Pisano: „Pawiak – Serbia, 250 kobiet. Wiozą nas, nie wiemy jeszcze gdzie”.
Warszawa, 5 października 1943 [Z otchłani, Warszawa 2004]


Zofia Stryjeńska, malarka, w dzienniku
Wojna trwa coraz zawzięcie. Widoków nie ma na normalne życie. Grzęzną w błocie, toczą się po ulicach brudne, obdarte rzesze tak zwanej ludności cywilnej, bezbronnej masy w rękach potężnych psychopatów. Miasta w zaciemnieniu, ustanowione godziny policyjne – po nocach ostrzegawcze jęki syren alarmowych – jakież to wszystko męczące. Czwarty rok wojny się kończy. A pomyśleć, że zaledwie parę jesieni wstecz rzeczywistość obecna byłaby uważana za zmorę senną. Zaledwie parę jesieni wstecz – nie! to wierzyć się nie chce – pienił się szaleńczy gejzer życia i można było… wszystko jeszcze można było. […]

1939-1945
Kobiety w fabryce zapałek podczas pakowania.
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Podczas wojny trwającej uparcie nie rozczula się już nikt nad „indywidualnością”, teraz dzieją się przykrości całych mas ludzkich. Sceneria świata się zmienia – nowi reżyserowie komponują wielkie
sceny tłumowe, sceny wielkich szarych grup w zaciemnionej przestrzeni. Masy otoczone strażą maszerują na dworzec, masy giną w więzieniach, masy figurują na liście straceń co tydzień, co tydzień nowe masy jęczą w obozach koncentracyjnych. A jakie hekatomby mas w miastach bombardowanych i na frontach wojennych. Co za szał! Co za obłęd przerażający! Dzisiejsze hasło: precz z pojęciem człowieczeństwa – istnieje masa bez twarzy.
Kraków, 30 grudnia 1943 [Chleb prawie że powszedni. Pamiętnik, Warszawa 1995]


Barbara Bobrownicka-Fricze, sanitariuszka, we wspomnieniach
Ziemia przyniosła ku nam drżenie, powietrze tłoczy się w uszy. Co to? Nie ma odpowiedzi. Wybiegamy. Dachy, kontury domów zatonęły w gęstych dymach. Biegnę, może jesteśmy potrzebne?
Jeszcze nie doszłam na miejsce wypadku, a już wiem. Czołg wyleciał w powietrze. Bomba zegarowa wewnątrz. Wypadek na Kilińskiego – tam nasz sanitariat. Wracam po nosze. Biegniemy. Co za widok!
Nie sposób uwierzyć. Kurczę się ze zgrozy. Idziemy jak lunatyczki w oparach krwi, w osiadających pyłach zwalonych murów. Co za znienawidzony zapach, nie można się od niego uwolnić. Przed nami
masa ludzkich ciał. Walające się nogi, ręce, kawałki ludzkiego ciała, krew, mózg w pyle i kurzu. Jęki, drgania rannych, rzężenie konających. Kałuże krwi wsiąkają w gruzy. Chłopcy bladzi z bronią pilnują porządku. Straszny jęk… Krew, coraz więcej krwi, całe kałuże wsiąkają w gruzy. Krew na ścianach okolicznych budynków, z których przed chwilą odleciał tynk. I cały czas ten duszący, słodki zapach krwi – tego nie można wytrzymać. Nie wolno patrzeć oczom, bo wszędzie zgroza, bo w oknach strzępy ludzi, bo nogi ślizgają się w mózgu, wnętrznościach. Nie wolno słuchać, bo jęki wydobywające się z tej góry poszarpanych ludzi są nie do pojęcia, nie do przyjęcia, bo może się wydawać, że one wydobywają się z naszego
wnętrza, z jakiejś nadludzkiej niepojętej grozy. Chodzimy prawie jak lunatyczki, pracujemy jak automaty. Co znaczy nasza pomoc? Wygrzebani spośród szczątków ranni, odnoszeni do szpitala, leż w długich kolejkach do sali, do stołu operacyjnego. Ilu doczeka? […]
Ogarnia mnie jakaś zbawcza tępota, przestaję myśleć, przestaję istnieć. I to jest chyba ratunek. Muszę się przecież jakoś ratować.
Warszawa, 13 sierpnia 1944 [Pamiętnik sanitariuszki, relacja w zbiorach Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego 1944]

Zofia Posmysz, pisarka, we wspomnieniach
Obudziła nas absolutna cisza. Coś niewiarygodnego. W obozie jest tak, że gdy dzieje się coś niecodziennego, odbiegającego od rutyny – budzi to niepokój. Człowiek myśli – jakieś nowe zagrożenie. A tu cisza. Pojawił się strach. Koleżanka z dolnej koi podeszła do drzwi i wychyliła się z
baraku. Po chwili mówi, że nie ma esesmanów. Nikt jej nie uwierzył […] Wyszła. Nie było jej kilka chwil. Gdy wróciła, oznajmiła drżącym głosem: „Nikogo nie ma na lagrze”. To już nas poderwało. Wyszła kolejna koleżanka, za nią następna. Nie wracają, nie słychać strzałów. No, to po kolei
zaczęłyśmy wychodzić. Rzeczywiście pusto. Nie ma esesmanów, wieże puste. […] Tymczasem przyjechały jeepy. Małe, czteroosobowe, amerykańskie. Wybuchła euforia. Na to czekałyśmy, tyle lat! Rzucałyśmy się sobie na szyję, niektóre płakały z radości. Amerykańscy chłopcy patrzyli na to zadziwieni i wzruszeni. Pewnie czuli się jak aniołowie przynoszący Dobrą Nowinę. Jeden z nich zaczął wyjaśniać, że przekroczyli linię demarkacyjną między strefami amerykańską i radziecką.
Neustadt-Glewe, 2 maja 1945 [Z. Posmysz, M. Wójcik, Królestwo za mgłą, Warszawa 2017]




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *