Legendy polskiej muzyki: Zbigniew Wodecki

Zaczynał od Bacha, ale do legendy przeszedł jako piewca Pszczółki Mai. Właśnie takim pokochała go Polska i Polonia. O Zbigniewie Wodeckim pisze Wiesław KOT.

Początkowo nic nie wróżyło, że zostanie ulubieńcem całej Polski. Jako dzieciak – niski, chudy, piegowaty, w dodatku rudzielec – strasznie rozrabiał na krakowskich ulicach. Wychował się w krakowskiej kamienicy, z której okien w pogodny dzień widać było ośnieżone Tatry. Pochodził z rodziny zawodowych muzyków, w której wszyscy grali i śpiewali.

Kiedy przyjęto go do liceum muzycznego, wyleciał z hukiem już po roku za brak postępów. Z konieczności przeniósł się zatem do średniej szkoły muzycznej, która wprawdzie nie dawała matury, ale za to pozwalała ćwiczyć jazz. Wtedy zakolegował się z nikomu nieznanym studentem architektury Markiem Grechutą i także wtedy zaprosiła go do swego zespołu Ewa Demarczyk. Dysponował głosem o skali dwóch i pół oktawy, więc w środowisku mawiało się, że potrafi zaśpiewać dosłownie wszystko.

No i stał się człowiekiem do wszystkiego. A to zagrał piosenkarzowi solówkę na skrzypcach, a to wspomógł w chórkach. Ale to na marginesie, bo formalnie Wodecki cały czas kształcił się na skrzypka filharmonicznego. „I nagle to wszystko szlag trafił” – podsumował po latach. „Zaczęło się zarabiane pieniędzy i robienie tak zwanej kariery. Zacząłem się zastanawiać, po co tyle lat się uczyłem? Wychodzę, śpiewam «Pszczółkę Maję» i mam większe brawa, niż gdybym zagrał jakikolwiek koncert” – pisał Wodecki.

„Tę Pszczółkę, którą tu widzicie, zowią Mają…”

Życie estradowe zaczynało się jednak skromnie. Na studniówkach czy w knajpach grywał tak zwane trójki: trzy piosenki, potem przerwa i do baru. A potem od nowa. Warunki były więcej niż amatorskie. Czasami na przykład kable od wzmacniacza stawały w ogniu i bez przerywania piosenki trzeba było lutować je na bieżąco. Kariera solowa zaczęła się od utworu „Znajdziesz mnie znowu” – wakacyjnego wspomnienia z Mazur, które stało się do tego stopnia popularne, że Wodeckiego zaczęto mylić z Andrzejem Dąbrowskim. On sam z tego powodu nie posiadał się ze szczęścia. Zarzucano mu jednak, że jest zaledwie dwudziestokilkulatkiem, a już śpiewa dla starszych pań. Ale co zrobić, dysponował tym rodzajem głosu, tą naturalną elegancją, tym stylem, który popychał go w stronę Franka Sinatry czy Deana Martina. Pewnie dzięki temu jego piosenki utrzymane w, jak sam mówił, „leniwym stylu”, płyną ponad czasem: „Zacznij od Bacha”, „Z tobą chcę oglądać świat”, „Dziewczyna z konwaliami”, „Izolda”. Z czasem Wodecki zaczął przełamywać własny obraz i własne piosenkarskie emploi. Ostatecznie zaśpiewał „Chałupy welcome to” autorstwa jednego z Trubadurów, Ryszarda Poznakowskiego, które wcześniej odrzuciła Irena Santor, bo wydawały jej się zbyt śmiałe i do tego „przeznaczone raczej do knajpy”. Jednak sentymentalny Wodecki zaśpiewał ją tak, jak kiedyś śpiewał numery do tańca w krakowskich knajpach i piosenka latem 1986 roku błyskawicznie wspięła się na szczyty list przebojów. Sam Wodecki stał się zaś tak rozpoznawalny, że gdy np. odbierał samochód z myjni, pan, który go obsługiwał, odmówił przyjęcia pieniędzy: „Pan nie płaci. Chałupy welcome to”. A miejscowość Chałupy na Helu dała mu nawet klucz do swoich bram.

Na koncertach krzyczano też w jego stronę: „Dawaj pszczołę!”, czyli piosenkę z dobranocki o Pszczółce Mai. Zaśpiewał ją na przykład w Opolu w ramach występu kabaretowego Zenona Laskowika i Bohdana Smolenia „Z tyłu sklepu”, który był bardzo śmiałą krytyką gierkowskiej propagandy sukcesu. „«Pszczółka Maja» stała się w tym programie absolutnym hitem – mówił Zenon Laskowik – myślę, że stało się to poza świadomością Zbyszka, ponieważ, jak każdy krakowianin, był skupiony na honorarium”.

„Lubię wracać tam, gdzie byłem już”

I tak niepostrzeżenie jego życie stało się jednym niekończącym się tournée. Był niezwykle pracowity. Każdego dnia ćwiczył na skrzypcach i na trąbce, żeby utrzymać się w formie, a treningi zaczynał oczywiście od Bacha, bo ten jest najtrudniejszy. Cierpiał też na wieczny pracoholizm. Często obiecywał sobie, że po turze koncertowej będzie wypoczywał co najmniej trzy dni, ale już drugiego dnia urlopu nosiło go z bezczynności i denerwował go fakt, że telefon nie dzwoni: „Cholera jasna, no co to jest? Czas umierać?”. „To zdecydowanie nie jest facet do siedzenia w domu” – powiedział o nim kolega z estrady Andrzej Sikorowski.

Wodecki bywał też gościem we własnym domu. Podobno raz zdarzyło się nawet, że gdy po dwóch tygodniach występów wrócił do domu, w drzwiach jego pięcioletni synek Paweł zawołał: „Mamo, przyjechał ten pan, co śpiewa «Pszczółkę Maję»!”.

Często koncertował dla Polonii, co było dla niego dużą przyjemnością, a w dodatku pozwalało zarobić. Z objazdu klubów polonijnych w Stanach Zjednoczonych przywoził do domu tysiąc dolarów honorarium, w sytuacji gdy przeciętna miesięczna pensja polska wynosiła w przeliczeniu około 25 dolarów. Ale, jak wspominał po latach, kurs dolara był wtedy taki, że z tego, co zarobiło się w ciągu sześciu tygodni pracy za oceanem, w Polsce można było spokojnie rozpoczynać budowę domku jednorodzinnego. Kontakty z Polonią wspominał jako bardzo osobiste i serdeczne, zwłaszcza że niekoniecznie traktowano go tam jako piosenkarza, lecz jako bliską osobę z Polski. „Poznawałem przesympatycznych prostych ludzi, sakramencko tęskniących za Polską, a pracujących na czarno, gdyż przyjechali na miesiąc, a byli już pięć lat. Niektórzy wiedzieli, że żona znalazła sobie w kraju innego, że nie bardzo mają, do czego wracać. I to wszystko było w ich oczach – i gorycz, i duma, że jednak dają sobie radę, i tęsknota za polskim kawałkiem ziemi, który odnajdywali w tym lokalu. I w «Chałupach», w «Oczarowaniu», w «Zacznij od Bacha»… To im się kojarzyło z tym wszystkim, co zostawili w Polsce, by jechać po dolary. Po lepsze życie”.

„Rzuć to wszystko, co złe”

Ta droga piosenkarska w roku 2000 zawiodła Wodeckiego do „Tańca z Gwiazdami” w Telewizji TVN. Rola jurora była dla Wodeckiego trudna, ponieważ nie miał złudzeń: „Zaczynały się czasy, że im kto lepiej śpiewa, im kto lepszy, tym dla niego gorzej. Bo ważniejsza była dziwność, oryginalność, bo to się przekłada na oglądalność. (…) Ma być krótka piłka, szybko, wesoło, kolorowo. Byle zaszokować”. Mimo to często i chętnie zgadzał się na udział w proponowanych mu przedsięwzięciach rozrywkowych. Grywał samego siebie w polskich serialach, a nawet dubbingował filmy dla dzieci. Swoją – jak się później okazało – ostatnią płytę zapowiedział pod koniec 2016, określając album mianem „wokalno-instrumentalnego”, łączącym muzykę popową, jazzową i rockową. Płyta ukazała się jednak już po jego śmierci, w 2018 r. i nosiła tytuł „Dobrze, że jesteś”.

Uchodził za jednego z najbardziej spełnionych artystów estradowych w Polsce, ale też miał zdrowy dystans do własnego sukcesu: „Im większy sukces, tym bardziej człowiek staje się jego niewolnikiem – niewolnikiem popularności, samego siebie”. O popularności mówił: „Czasem jest męcząca, gdy na przykład trzeba porzucić gorącą jajecznicę, bo cię w restauracji dopada klasa 5a z Torunia i musisz złożyć trzydzieści autografów oraz sfotografować się z panią nauczycielką. Ale wyobrażam sobie sytuację odwrotną – gdy mnie nikt nie rozpoznaje. To dopiero stres!”.

Pod koniec życia, kiedy już przygotowywał się do przejścia na drugą stronę, wyrażał nadzieję, iż prawdziwe okaże się staropolskie przysłowie, że kto śpiewa, ten się dwa razy modli. 5 maja 2017 poddał się zabiegowi wszczepienia pomostowania aortalno-wieńcowego w prywatnym warszawskim szpitalu, a trzy dni później przeszedł udar mózgu, co zakończyło się stanem śpiączki. Zmarł 22 maja 2017 r. w szpitalu w Warszawie.

W dzień jego pogrzebu celebrowanego 30 maja w Bazylice Mariackiej w Krakowie z wieży, z której co godzinę słychać hejnał, rozbrzmiały dźwięki dedykowanego mu utworu Louisa Armstronga „What a Wonderful World”. Zbigniew Wodecki został pochowany w rodzinnym grobowcu na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Tekst Wiesław Kot, doktor nauk humanistycznych ze specjalnością literatura współczesna, profesor uniwersytecki SWPS, krytyk filmowy i publicysta. Autor ponad 30 książek, w tym ostatnio wydanej: „Manewry miłosne. Najsłynniejsze romanse polskiego filmu”.

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za granicą 2021 r.
*Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Źródło Dla Polonii.pl




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.