Ewa Maria Pacini: Zbiory cytrusów to jeden z moich szalonych pomysłów na życiowe przygody

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z panią Ewą Marią Pacini, mieszkanką Toskanii i wielką miłośniczką Sycylii:

Od jak dawna mieszka pani we Włoszech?

We Włoszech mieszkam już prawie ćwierć wieku. Brzmi to wiele dostojniej niż prawie 25 lat. To już kawałek życia i niedługo zacznie być więcej czasu spędzonego we Włoszech, niż w Polsce. Nie wiem, czy z tego powodu mam się czuć mniej Polką?…


Mieszka pani w Toskanii, lecz pani pasją jest Sycylia. Dlaczego akurat ten region?

Tak naprawdę to obydwa regiony kocham równie mocno. Toskanię, bo mnie przyjęła i jest moim miejscem na ziemi. Tu jest mój dom, moja rodzina, przyjaciele, ale też wspaniałości tego pokroju co Florencja, Siena, Lucca, Piza wraz ze wszystkim, co te miasta oferują.

Katedra we Florencji

Kocham też malutkie toskańskie mieścinki, gdzie w idealnej ciszy i spokoju można kontemplować zatykający w piersiach okoliczny krajobraz, a w jedynym barze obok kościółka można zjeść niesamowite lody i pogadać z tubylcami. Toskania jest też najbardziej zalesionym włoskim regionem. Długie całodniowe wycieczki po zielonych terenach to coś, co uprawiam wprawdzie rzadko (brak czasu), ale zawsze z wielką przyjemnością. Toskania to dla mnie też praca: tu działa sektor tekstylny i związany z modą, firmy szkółkarskie, meblarskie, drobne zakłady związane z budowlanką. Pracuję jako pośrednik w kontaktach między firmami polskimi, więc jest w czym wybierać.

Natomiast Sycylię pokochałam od pierwszego wejrzenia! Mogę powiedzieć, że za całokształt. Przede wszystkim za klimat, za to, że tam rosną moje ukochane pomarańcze, za przepiękne krajobrazy, bardzo klimatyczne miasta i mniejsze miejscowości, za cudownych ludzi i w końcu za tę niezrównaną atmosferę wszystkiego, zwolnione tempo życia. Tam chce się przyjeżdżać i odpocząć od zgiełku i szału codzienności. Ale wbrew pozorom, Sycylia to nie tylko piękne plaże, słońce i ciekawa architektura.


Co polecilaby pani Polakowi, by zwiedzil na Sycylii?

Jak już wspomniałam Sycylia ma nie tylko plaże i fajne miasta do obejrzenia. Sami Sycylijczycy mnie prosili, żeby opowiedzieć światu, że tam się również pracuje, że przeprowadza się badania naukowe, wykopaliska, przeprowadza się doświadczenia. Jakoś do ludzi trudno dotrzeć z informacją, że to nie tylko baza turystyczna, ale także urodzajna ziemia. Poza tym Sycylia oferuje atrakcje przez cały rok, a nie tylko w lipcu i sierpniu. Dość wspomnieć zimowe eskapady na Etnę, czy zawody crossowe, wycieczki trekkingowe.

 

Jak często wyjeżdża pani na Sycylię?

Na Sycylię staram się wyjeżdżać tak ze dwa razy do roku. Jak ja to mówię – dla zdrowia psychicznego. Gdzie bowiem jak nie tam, znajdzie się to sławetne zwolnione tempo życia, pyszne jedzenie i wspaniałych ludzie, którzy tyle mają do opowiedzenia?!


Sycylię poznaje pani podróżując i zwiedzając coraz to nowe zakątki.
Oprócz podróży uczestniczy pani w zbiorze cytrusów. Czy może pani
opowiedzieć o tym?

Jak ostatnio napisałam na moim blogu: nie dla mnie są utarte szlaki turystyczne. Lubię oglądać fajne i znane miejsca, ale w pewnym momencie mnie to nudzi i nuży, a przepychanie się w tłumie turystów przestaje być zabawne. Dlatego staram się „przesłuchiwać tubylców na okoliczność” ciekawych zakątków, chętnie daję się tam zaprosić, czy zaprowadzić. Swego czasu na plantacji oliwek na zboczach Etny dane mi było obejrzeć naturalny tunel wykonany z lawy wulkanicznej. Bywa, że gorąca lawa tworzy coś w rodzaju właśnie tunelu. Zewnętrzna powierzchnia spływającego jęzora lawy szybciej gęstnieje i zastyga, a jej część wewnętrzna, jeszcze bardzo gorąca, przepływa pozostawiając po sobie wydrążony pusty korytarz. Chociaż to samo w sobie jest już bardzo ciekawe jako zjawisko, to w miejscu tym właściciel plantacji odkrył coś jeszcze! Mianowicie znalazł tam fragmenty potłuczonych prymitywnych naczyń z naprawdę bardzo dawna, co świadczyło, że ów tunel służył jakimś naszym odległym przodkom jako schronienie! I dla takich przeżyć warto odpuścić sobie nawet barokowe budowle miast ze wschodu Sycylii!

Barokowa budowla w Noto

No ale nie o tym miałam mówić. Zbiory cytrusów to też jeden z moich szalonych pomysłów na życiowe przygody. Nie było łatwo uzyskać łaskawe zezwolenie ze strony plantatora! Od pierwszego mojego pobytu na Sycylii dawałam do zrozumienia, że uwielbiam pracować „rolniczo” i że zerwanie owocu prosto z drzewa jest dla mnie bardzo ważnym przeżyciem. Ostatecznie bycie Ewą do czegoś zobowiązuje – o tradycje należy dbać! Ale tak na serio, to naprawdę uwielbiam zbierać owoce, takie świeżo urwane z drzewa, mają niepowtarzalny smak i aromat! Dlatego wreszcie po wielu staraniach użebrałam możliwość takiej „rozrywki”! Łatwo nie było również i dlatego, że dla takiego plantatora wiąże się to z dodatkowym czasem, którego przecież nikt nie ma za dużo, z przyjechaniem po mnie do najbliższego miasta, byciem ze mną w czasie moich zbiorów (pewnie również i dlatego żeby pilnować, co taki laik jak ja może zniszczyć!) opowiadać mi o plantacji, o zbiorach o całym areale sycylijskim przeznaczonym pod uprawy pomarańczy… No właśnie. To zabiera czas i wymaga zaangażowania.

Dokładna relacja z tych przeżyć zostanie opublikowana na moim blogu, na stronie http://ewamariapacini.it/pl/ , gdzie opisuję wszystkie moje mniej lub bardziej odjechane pomysły na życie. Korzystając z okazji zapraszam wszystkich do poczytania. Rozrzut tematyczny mam bardzo duży, więc każdy znajdzie tam coś dla siebie! Kilka tematów związanych z cytrusami już się tam znajduje, więc można śmiało dać się wprowadzić w tematykę.


Czy jest jaka śpecjalna technika urywania cytrusów z drzewek?

No właśnie! Bardzo dziękuję za to pytanie! Otóż jak się pierwszy raz zetknęłam ze zbiorami pomarańczy, to przybyłam na plantację z przekonaniem, że robi się to tak samo, jak ze zrywaniem pomidorów, czyli że ukręca się tak delikatnie tuż przy szypułce. A właśnie, że nieprawda! Podejrzewam, że właśnie z tego powodu urwanie nawet jednej pomarańczki zostało mi wzbronione, bo niezbyt fachowo się do tego zabrałam! Jak totalny dyletant, chciałam rwać, a tu się okazuje, że pomarańczę odcina się tuż przy nasadzie ogonka takimi specjalnymi, zakrzywionymi cążkami. Ogonek nie może być przycięty ani zbyt blisko owocu, by nie wdały się tam żadne pleśnie, czy zarazki chorobotwórcze, ani też zbyt daleko, bo potem taki odcięty ogonek zasycha, twardnieje i podczas transportu i składowania, owoce mogłyby się o siebie podrapać, przekreślajac tym swoją wartość rynkową!


Czy może pani poradzić Czytelnikom, jak najlepiej przechowywać cytrusy.

Oficjalna informacja na temat trwałości cytrusa z uprawy biologicznej mówi o tym, że średniej wielkości pomarańcza, prawidłowo zerwana i przechowywana w temperaturze ok 10 stopni Celsjusza zachowuje swoje walory smakowe i wygląd przez okres około tygodnia do dziesięciu dni. Wiadomo jednak, że poza szczęściarzami mieszkającymi w rejonie morza śródziemnego, Kaliforni, południowo wschodniej Azji i Republiki Południowe Afryki, rzadko kto może poszczycić się warunkami do upraw cytrusów i dostępem do świeżo zerwanych owoców. Cytrusy do Polski przybywają przeważnie z Hiszpanii, północnej Afryki, krajów bliskiego Wschodu i ostatni również Argentyny (cytryny). Poza Hiszpanią i krajami Bliskiego Wschodu, gdzie w ciągu trzech do czterech dni cytrus dociera do Polskich chłodni, droga, jaką taki owoc musi pokonać, jest ogromna! Dlatego każda pomarańcza jest odpowiednio przygotowywana do transportu, woskowana, konserwowana, płukana w utrwalaczach nawet kolorów…

Pomijając pobyt cytrusów w hurtowych chłodniach i magazynach, można stwierdzić, że w warunkach domowych najlepiej jest przechowywać cytrusy w temperaturze 4-10 stopni Celsjusza. Tuż przed skonsumowaniem wyjąć z chłodnego miejsca i dopiero po chwili zjeść, lub wycisnąć sok.

 

A może podzieliłaby się pani z nami jakimś przepisem z cytrusami ?

Kilka przepisów włoskich dań znajduje się już na moim blogu, a tu mogę podzielić się przepisem na dżem pomarańczowy, który to przepis też wkrótce zostanie opublikowany na blogu.

Dżem z czerwonych sycylijskich pomarańczy

Ostrzeżenie: produkcja smakołyku zabiera około ¾ dnia wraz z pracami przygotowawczymi i późniejszym sprzątaniem po kuchennych bojach! Dlatego należy wygospodarować sobie odpowiednią ilość czasu, by praca nie była stresująca w żaden sposób! Ale efekt jest wart zachodu!

Przygotowanie:

Mieć w zapasie kilka lub kilkanaście szklanych słoiczków. Po produktach kupionych w sklepie nadają się doskonale. Ważne by były dokładnie umyte, oraz by guma we wnętrzu nakrętki była jędrna, czysta i w miarę nie zniszczona mechanicznie. Słoiki należy bardzo dokładnie wymyć, osobno szkło i osobno nakrętki. Potem również osobno wysterylizować wkładając każdy na pięć minut do gotującej wody.

Do produkcji smakołyku potrzebne będzie:

– 12 średnich pomarańczy – najlepiej z upraw bio czy eko, żeby nie były pryskane, bo skórka też jest w użyciu, a z chemią, to może jednak nie najlepszy pomysł.

– 600 – 650 g miodu – ja użyłam z kwiatów pomarańczy, tak żeby pozostać w temacie. Ale może być też wielokwiatowy.

– 1 duża cytryna lub dwie małe. Sok z cytryny służy jako konserwant i sprawia, że dżem zbytnio nie brązowieje przy obróbce termicznej.

– 1 malutki zwitek kory cynamonowej, lub szczypta cynamonu. Dla podrasowania smaku.

Czynności przy produkcji dżemu z pomarańczy:

Wszystkie pomarańcze dokładnie umyć. Sześć z dwunastu pomarańczy obrać delikatnie skrobaczkiem do ziemniaków.

Tak uzyskane skórki należy obgotować przez 20 minut w wodzie, do której wrzucamy też i zwitek cynamonu.

W międzyczasie obieramy porządnie już teraz wszystkie pomarańcze. Uwaga: ostatnią pomarańczę pokroić w całości w talarki. Bez obierania! Bedzie służyła jako element dekoracyjny całości. Najładniejsze fragmenty grubo obranych skórek też odkładamy na bok. Tak obrane pomarańcze dzielę na cząsteczki usuwając starannie ewentualne pestki.

Kończymy obgotowywanie skórek z cynamonem. Cynamon usuwamy, bo miał służyć tylko do smaku, skórki odcedzamy, ale wodę z odcedzenia zbieramy do innego poejmniczka, bo jeszcze nam posłuży jako dodatkowy aromat. Odkładamy na razie na bok.

W dużym garze rozpuszczamy miód. Czekamy, aż zacznie wrzeć i dopiero wtedy wrzucamy pokrojone na cząsteczki pomarańcze, cienko obrane skórki i skórki obrane grubo.

Całość zamieszać i polać sokiem z jednej cytryny.

Gotować przynajmniej 2 godziny na małym ogniu. W połowie gotowania poukładać na wierzchu pomarańczę pokrojoną w talarki. Już nie mieszać tak intensywnie jak do tej pory, jeszcze zmniejszyć ogień pod garem i pilnować, by całość nie przywarła. Jak zbyt szybko zacznie przywierać to teraz można zużyć po trochu wodę z gotowania cienko obranych skórek.

Przed końcem gotowania ostrożnie wyłowić płaską łopatką wszystkie talarki i delikatnie poukładać je na talerzyku.

Prawidłowa konsystencja to taka nieco bardziej płynna niż chcemy jeść jako produkt całkowicie gotowy. Należy pamiętać, że w czasie przekładania do słoiczków to się będzie jeszcze cały czas gotowało i gęstniało, a na koniec jeszcze dodatkowo zgęstnieje już po zamknięciu wieczka.

Ozdobne talarki wkładamy do słoiczka przyklejając je do ścianek. Potem przy nakładaniu dżemiku należy dopilnować, żeby się nie obsunęły na spód! Substancję z gara należy bardzo szybko przełożyć do słoiczka, papierowym ręczniczkiem obetrzeć brzeg słoiczka, żeby zakrętka dobrze chwyciła, zakręcić porządnie i postawić do góry nogami żeby się dobrze wysterylizowało i porządnie zassało.

Napełniać słoiczki należy prawie do końca. Od brzegu ma zostać nie więcej niż 5 do 7 mm.

Jak pełne słoiczki przestygną na tyle, że będzie można je wziąć gołą ręką, to wtedy odwracamy je do normalnej, pionowej pozycji. W tym momencie wieczko ma wydać lekkie kliknięcie, świadczące o tym, że dżemik się dobrze zassał. Czasami należy lekko nacisnąć środek wieczka, by pomóc mu kliknąć.

Te, które głośno nie klinkęły i wydają mi się trochę podejrzane odstawiam do spożycia najpierw.

 

Narobiła pani nam i Czytelnikom smaka! Trzeba będzie wykorzystać ostatni moment na zakup pomarańczy i wykonać dżem 🙂 Serdecznie dziekuję za wywiad.

Ja również i zapraszam do lektury mojego bloga oraz strony FB!

 

 

 

Z Ewą Marią Pacini rozmawiała Aleksandra Seghi.

Foto: Ewa Maria Pacini

 

ALL RIGHT RESERVED




3 thoughts on “Ewa Maria Pacini: Zbiory cytrusów to jeden z moich szalonych pomysłów na życiowe przygody

  1. Ewa Gorska

    Przeciez w Toskanii takze rosna cytryny, pomarancze i mandarynki. Oczywiscie nie na taka skale jak na Sycylii ale rosna i sa pyszne.

    Reply
  2. Jerzy i Marylka Gruszczyńscy

    Brawo Ewa – bardzo mi się podobało.
    Tak trzymaj !
    Oboje z Marylką pozdrawiamy.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *