Natalia Moskal z włoskiego tournee: Dla mnie Włochy to zwyczajnie „La Grande Bellezza”

Zapraszamy na rozmowę z polską piosenkarką Natalią Moskal, która niedawno odbyła tourneé po Włoszech:

Pani Natalio, jest Pani nowym talentem na polskim rynku muzycznym, śpiewa Pani od 16 roku życia i już zbiera sukcesy nie tylko w Polsce ale i za granicą, opowie nam Pani o najważniejszych etapach swojej kariery?

Zaczęłam tak naprawdę śpiewać, kiedy miałam 8 lat. W mojej szkole organizowany był wtedy konkurs piosenki angielskiej. Wcale nie miałam zamiaru w nim występować, gdyby nie to, że moja mama dosłownie „wypchnęła” mnie na scenę. Zaśpiewałam „Can you feel the love tonight” Eltona Johna trzymając pluszowego Simbę („Król lew”) pod pachą przez cały czas. Potem już nigdy nie chciałam robić nic innego.

Przełomowym punktem było nawiązanie znajomości z Bartkiem Caboniem, moim obecnym trenerem wokalnym. Poznaliśmy się, kiedy miałam 16 lat. Bartek pokazał mi zupełnie nową dla mnie metodę emisji głosu, co zmieniło moje podejście do śpiewania. Z Bartkiem też napisałam swoje pierwsze autorskie piosenki. Powstało ich kilkanaście i choć tylko jedna ujrzała światło dzienne to był to dla mnie pierwszy duży krok. Kilka lat później zgodzili się na współpracę ze mną producenci, którzy w Polsce pracują z najlepszymi – Bartosz Dziedzic („Granda” Brodki, „Składam się z ciągłych powtórzeń” Rojka) i Marek Dziedzic („Migracje” Meli Koteluk, „Volcano” i „Roma” Sorry Boys”). To z Bartoszem napisałam mój pierwszy singiel, „Foreign stranger,” a Marek wyprodukował połowę utworów na mojej debiutanckiej EPce, „Anguana.” Muzyka, którą obecnie wykonuję znacznie różni się od utworów na „Anguanie,” ale dzięki pracy z Markiem i Bartkiem nauczyłam się komponować swoje utwory, odebrałam od nich bezcenną lekcję muzyki, jakiej na pewno nie odebrałabym w żadnej szkole. Teraz mam swój zespół (Łukasz Maron – producent, Mikołaj Gąsiewski – klawisze, Patryk Walczak – perkusja) i producenta, z którym pracuję i który pokazał mi brzmienia, jakie wcześniej mnie nie interesowały. Z Łukaszem Maronem tworzymy coś, co sama nazwałam alternatywnym electropopem, ale tak naprawdę jest to fuzja przeróżnych inspiracji.

 

A jak trafiła Pani do Włoch?

To dosyć zabawna historia. Odkąd pamiętam chciałam ze swoją muzyką wyruszyć na zachód – Wyspy Brytyjskie, Stany Zjednoczone. Nigdy nie pomyślałam o południu i pewnie nigdy bym nie pomyślała gdyby nie zupełny zbieg okoliczności sprzed nieco ponad dwóch lat. W jednej z warszawskich kawiarni poznałam mężczyznę. To był jeden z tych momentów, kiedy spotykasz się z kimś wzrokiem i wiadomo, że coś się wydarzy. Nigdy nie wierzyłam w podobne historie, ale tego dnia umówiłam się z nim na kawę, potem kolację, a potem na drinka, a dziś piszę odpowiedzi na Pani pytania w samolocie z Mediolanu, gdzie on mieszka. Jest Włochem. Tamto wydarzenie sprawiło, że zaczęłam interesować się muzyką, która jest popularna we Włoszech i znalazłam we włoskim przemyśle muzycznym puste miejsce, które nasz „alternatywny electro pop” mógłby wypełnić. Spróbowałam nawiązać kontakt z muzykami i osobami zajmującymi się wszelkimi kwestiami muzycznymi, bookingiem, we Włoszech, nie licząc na zbyt wiele jako osoba dla nich anonimowa. W dniu, kiedy graliśmy koncert na festiwalu filmowym „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, dostałam informację, że mamy możliwość zagrania w ramach światowego projektu „Balcony TV” w Mediolanie i… pojechania w trasę koncertową po Włoszech dzięki agencji O’live Produzioni.

Nie pamiętam dnia, kiedy byłam tak szczęśliwa, jak wtedy. Pojechaliśmy.

Muzyka to jedyna pasja, czy zajmuje się Pani czymś jeszcze w życiu?

Moją osobną pasją są języki. Jestem obecnie studentką filologii angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim i zajmuję się przekładem literatury. Obecnie pracuję nad tłumaczeniami książek Esther Singer Kreitman (siostry znanych i cenionych pisarzy, z których jeden był noblistą – Izaaka Baszewisa oraz Izraela Joszui Singerów). Mówię po francusku, trochę też już po włosku (i całe szczęście, bo na południu Włoch, gdzie zagraliśmy część koncertów, akceptowane jest tylko jedno wyrażenie po angielsku – „OK”). Zresztą Włosi, podobnie jak Francuzi, bardzo doceniają wysiłek prowadzenia rozmowy w ich rodzimym języku.

 

Lubi Pani wychodzić na scenę, czy raczej ma Pani tremę? Jakie cechy charakteru powinna mieć dziś piosenkarka, żeby wybić się na rynku muzycznym przy tak dużej konkurencji młodych i utalentowanych wykonawców?

Tremy nie mam i od bardzo dawna nie miałam, choć nie wiem czy to zaleta, czy też wada. Scena jest miejscem, gdzie czuję się dobrze, choć wiele cech prawdziwego artysty muszę jeszcze nabyć. Lubię mieć przed sobą ludzi, lubię przekazywać im swoje emocje, jakie wyrażam we własnych utworach i lubię to uczucie, jakie mi towarzyszy, kiedy gram z moim zespołem muzykę na żywo. Miałam to szczęście, że znalazłam naprawdę dobrych muzyków, którzy czują to, co robią. I to widać, czuć, że się angażują i czasem nawet mnie popychają do tego, żebym ja sama dawała więcej z siebie. Lubię być na scenie z nimi i lubię być na niej, kiedy publiczność przede mną cieszy się naszą muzyką. A włoska publiczność okazała mi wsparcie, jakiego wcześniej nie doświadczyłam.

Śpiewa Pani tylko po angielsku? Dlaczego?

Nie tylko, napisałam też kilka utworów po polsku i znajdą się one na mojej nadchodzącej płycie która, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ukaże się krótko po Nowym Roku. Język angielski jest jednak moją wielką miłością, przedmiotem moich studiów i pracy. Kiedy byłam mała, mama włączała mi bajki Disney’a wyłącznie po angielsku i to chyba bardzo zaważyło na moim upodobaniu do języków. Po angielsku łatwiej jest wyrazić swoje myśli w piosence, również dlatego, że słowa brzmią miękko i większość z nich jest jednosylabowcami – więc w kilku sylabach można zawrzeć całą frazę niosącą za sobą znaczenie.

Jaki styl muzyki najbardziej Pani odpowiada? A może lubi Pani eksperymentować, łączyć rózne brzmienia i rytmy?

Jak wspomniałam, obecnie chcemy nacieszyć się elektroniką, ale ja, w zależności od humoru, mam przeróżne upodobania. Bardzo lubię hiphop i dancehall ale czasami mam ochotę na standardy jazzowe. Żaden wykonawca nie zamyka się przez całe życie tylko na jeden styl i to jest chyba największa zabawa – że każdy następny krok i utwór może się różnić od poprzedniego. Za jakiś czas może będę chciała spróbować czegoś innego, ale nawet teraz, dzięki temu, że pracujemy w grupie, każdy ma inne pomysły, inspiracje, a to daje nam świeżość, której przy jednym umyśle być może nie dałoby się osiągnąć. Dlatego tak bardzo lubię wersje koncertowe tych utworów.

Kto jest autorem utworów, sama Pani dobiera teksty i muzykę, czy jest już to stała grupa osób, z którą Pani współpracuje?

Dzięki temu, że miałam okazję pracować z bardzo dobrymi i utalentowanymi muzykami i producentami, nauczyłam się sama pisać utwory. Teksty pisałam właściwie od zawsze, ale miałam problem z wymyśleniem melodii, musiałam polegać na kimś. Kilka lat temu to się zmieniło, i całe szczęście, bo to też sprawia mi wielką przyjemność. Zwykle robimy tak, że spotykam się z producentem i pokazuję mu coś, co wymyśliłam, a on później zajmuje się całą produkcją, albo jest odwrotnie – on pokazuje mi swoje pomysły i ja wymyślam potem linię wokalu i słowa. Włoska trasa zmieniła trochę jednak nasze spojrzenie na muzykę, scaliła nas jako zespół i postanowiliśmy spróbować komponowania utworów razem – jako band – i jestem bardzo ciekawa rezultatów, bo każde z nas ma inne pomysły i propozycje, każde z nas „słyszy” co innego.

A kto kreuje pani wizerunek na scenie, jest to spontaniczny własny wybór czy oddaje się Pani w ręce specjalistów?

To chyba najbardziej sporna kwestia między mną a osobami, z którymi pracuję 🙂 W chwili obecnej nie mam tzw. „teamu” który zająłby się kwestiami wizerunkowymi. Za wszystko jesteśmy odpowiedzialni my, co jest dodatkową frajdą, ale też pracą. Za jakiś czas na pewno będzie potrzebna mi profesjonalista do tego typu współpracy.

Kto jest dla Pani wzorem muzycznym w światowym show biznesie?

Staram się obserwować przede wszystkim kobiety w show biznesie. Moje utwory w większości opowiadają o kobietach, o ich doświadczeniach, historiach, o ich sile. Dlatego też przede wszystkim wzorem są dla mnie kobiety, które osiągnęły sukces dzięki własnej pracy i ten sukces pielęgnują. Absolutną królową jest rzecz jasna Beyonce. Dla mnie osobistym wzorem jest nie kto inny, jak Sophia Loren, ale jest też artystka polska, która zrobiła dokładnie to, co sama sobie wymarzyłam – jest artystką niezależną, która własną pracą i pomysłem na siebie, bez wsparcia wytwórni płytowej, podbiła serca Polaków. Mówię tu o Julii Pietrusze. Bardzo ją podziwiam za to, jak oddolnie i bez pośpiechu, na własnych warunkach, osiągnęła swój cel.

Słucha Pani także włoskich wykonawców?

We włoskiej muzyce najbardziej urzeka mnie opera. Verdi, Pavarotti, Puccini. Mam ogromną słabość do „Madame Butterfly” autorstwa tego ostatniego i moim marzeniem jest zobaczyć ją na deskach Teatro Alla Scala w Mediolanie.

 

Z czym się Pani kojarzą Włochy i gdzie poczuła Pani szczególnie serdeczne przyjęcie publiczności?

Włochy kojarzą mi się z miłością. Nie tylko tą moją osobistą, ale myślę że każdemu Italia, zwana poetycko Bel Paese (słusznie zresztą), kojarzy się z romantycznym temperamentem. Kojarzą mi się z miłością do doskonałego jedzenia, wina i kawy. Dla mnie Włochy to zwyczajnie „La Grande Bellezza”.

Najserdeczniej przyjęła nas Soragna w Parmie i Livorno. Oczywiście ludzie w całych Włoszech byli dla nas nad wyraz mili i gościnni, ale te dwa miasta zapamiętałam w szczególności.

Parma dlatego, że publiczność okazała się najwspanialszą ze wszystkich przed jakimi kiedykolwiek miałam okazję śpiewać. Przyjechaliśmy tam, jako zespół im zupełnie nieznany, z muzyką, której nigdy wcześniej nie słyszeli. Czy było to dla nich przeszkodą, żeby tańczyć i śpiewać z nami? Nie. Zaczęliśmy wywiadem i spontanicznym akustycznym występem w lokalnym radiu. Podczas koncertu zagraliśmy trzy bisy. Refren ostatniej piosenki jest bardzo prosty: „Midnight, all I wanna do, I wanna dance.” Improwizując, graliśmy ten utwór przez ponad 10 minut, refren zaśpiewałam kilkanaście razy, bo publiczność śpiewała i tańczyła ze mną. Zaśpiewali nawet sami, beze mnie. Sprzedaliśmy płyty, a po koncercie otrzymaliśmy mnóstwo serdecznych opinii. Rozpoczęliśmy zatem trasę z hukiem i niesieni ekscytacją. Pokochałam Soragnę i tamtejszą publiczność. Dla takich chwil się żyje i dla takich ludzi się tworzy. Za to oficjalne podziękowania nalezą się Federico Vaienti’emu, gospodarzowi.

Drugim miastem, które zapamiętałam i polubiłam w szczególności było Livorno. Najpierw prosto z podróży pojechaliśmy nad morze, zrobiliśmy zdjęcia, a widok odjął nam mowę. Pogoda była wiosenna, na pewno nie grudniowa! Wieczorem graliśmy koncert w klubie, który niegdyś był kinem – „Ex Cinema Aurora.” Przy wejściu powitały nas plakaty zapowiadające nasz występ, samo miejsce okazało się niesamowicie klimatyczne. Po próbie dźwięku właściciel zaprosił nas na kolację. Nie spodziewaliśmy się jednak uczty, którą zastaliśmy. Nie potrafię powiedzieć ile dań zaserwowano i ile butelek wina otworzyliśmy. Wszystko było oczywiście pyszne, przy stole siedziało 10 osób, rozmawialiśmy głównie po włosku, zrelaksowani, jakbyśmy wcale nie musieli za chwilę wyjść na scenę. Tu anegdota: na środku stołu stały dwie butelki wody (jak zawsze przy posiłku we Włoszech). Jedna z butelek miała wstążeczkę z wzorem flagi niemieckiej. Łukasz – mój producent – jak zwykle ciekawy świata, zapytał dlaczego jedna z butelek jest zaznaczona taką flagą. Michele, właściciel, udzielił odpowiedzi zaskakującej, jednak według niego chyba całkiem oczywistej: „Cóż, ta z niemiecką flagą jest gazowana, rzecz jasna.”

Cisza, a zaraz potem niepowstrzymany śmiech, chociaż humor czarny.

Livorno zapamiętałam również ze względu na trunek, którym Michele poczęstował nas przed samym koncertem. Włosi zwykle kończą posiłki filiżanką mocnego espresso. W Livorno nie mogło być inaczej, z tym że nasze espresso było miejscowym specjałem – tzw. ponce alla livornese.

Swoją nazwę “poncz” zawdzięcza ponoć samemu Garibaldiemu. Ponce „alla livornese” przygotowuje się wsypując na dno szklanego kieliszka odrobinę cukru i skórkę cytrynową, dodając “rumme” (lokalna mieszanka alkoholu, cukru i karmelu), podgrzewając do rozpuszczenia cukru i zalewając gorącym espresso. Pyszne, wypiłam do dna, nie czując nawet zbytnio alkoholu. Okazało się jednak zdradliwe, bo na scenę wszyscy wyszliśmy bardzo rozweseleni i zrelaksowani 🙂 być może rzuciłam kilka frywolnych słów do mikrofonu. Publiczność jednak była zaangażowana, kilka razy również zaśpiewali z nami, znów rzuciliśmy się na koniec w improwizację i zagraliśmy kilka bisów. Zdecydowanie mamy co wspominać.

Bardzo miła niespodzianka czekała nas również w Perugii. Graliśmy w klubie „Marla,” gdzie sala była pełna, wnętrze bardzo ładne. Samo miasto również mnie urzekło. Najbardziej zaskoczona byłam jednak, kiedy przed samym koncertem podeszła do mnie kobieta, bardzo ładna blondynka, i zaczęła rozmowę po polsku. Renata, imienniczka mojej mamy, przyszła zobaczyć inną Polkę grającą w mieście, w którym mieszka i pracuje od dawna ze swoim mężem, Włochem, Lucą. Z tego miejsca muszę bardzo serdecznie pozdrowić Renatę. Wiem, że na święta wróciła do Polski i chciałabym jej życzyć wszystkiego dobrego i żeby nacieszyła się pierogami!

A czy jest jakieś wyjątkowe miejsce we Włoszech gdzie chciałaby Pani kiedyś zaśpiewać?

Nadal moim marzeniem jest zagranie jeszcze kilku koncertów w Mediolanie, w kilku klubach i na jednym z festiwali w lecie. Mediolan i Rzym. Bardzo chciałabym zagrać w Rzymie. Mam nadzieję, że to jeszcze przed nami 🙂

Opowie nam Pani o swojej ostatniej płycie, co na niej znajdziemy, i gdyby ktoś z czytelników chciał podarować ją na prezent pod choinkę, gdzie może ją kupić?

Są dwie EPki. Pierwsza z nich, „Anguana” jest płytą wyprodukowaną przez dwie osoby: Marka Dziedzica oraz przez Łukasza Marona, z którym pracuję obecnie nad płytą. „Anguanę” cechuje dualizm brzmień – popowe utwory przeplatają się z nieco alternatywną elektroniką. Druga EPka to „Songs of myself,” którą wytłoczyliśmy specjalnie z myślą o włoskiej publiczności.

Zabraliśmy płyty ze sobą, żeby pozostawić słuchaczom po sobie namacalny ślad, chciałam, żeby to był swoisty ukłon w ich stronę. Piosenki, które się na niej znalazły będą też na płycie, która ukaże się w Nowym Roku pod tym samym tytułem. Na „Anguanie” słychać, że wciąż szukałam siebie i swoich brzmień, choć miałam przy niej szansę pracować z najlepszymi – Marek i Bartosz Dziedzicowie, teksty polskie zostały napisane przez Radka Łukasiewicza (zespół „Pustki”) i Zuzię Wrońską („Ballady i Romanse”), mix i mastering wykonany przez Marcina Gajko i Adama Toczko – to bardzo duże i znane w Polsce nazwiska. Dzięki tej współpracy wiele się nauczyłam o muzyce, o jej tworzeniu. „Songs of myself” to owoc mojej pracy z Łukaszem Maronem, utwory są utrzymane w stylistyce elektronicznego popu z elementami alternatywy. Tworząc „Songs of myself” wiedziałam już czego chcę, w czym oczywiście bardzo pomógł mi Łukasz i mój zespół. Z niecierpliwością czekam na tę płytę, bo włożyliśmy w nią mnóstwo pracy, serca i jest autentyczna.

Na tę chwilę moje płyty można dostać tylko bezpośrednio u mnie – pisząc pod adres email [email protected]. Kilka egzemplarzy płyt, jak również książki „Rodowód” w moim przekładzie będzie dostępnych dla słuchaczy Programu Trzeciego Polskiego Radia, którzy zadzwonią do studia radiowej Trójki.

Na zakończenie proszę zdradzić nam swoje plany na 2017 rok?

Moim planem numer jeden jest właśnie wydanie singla i debiutanckiej LP na początku 2017. Latem chciałabym pojechać w następną trasę koncertową we Włoszech i być może w kilku innych krajach europejskich. Chcę, żeby rok 2017 upłynął pod znakiem muzyki, która jest dla mnie najważniejsza. Chcę, żeby mój zespół się rozwijał, bo włoska trasa sprawiła, że bardzo się do siebie zbliżyliśmy i warto to pielęgnować.

W 2017 planuję również wydać następną książkę Esther Singer Kreitman w moim przekładzie – „Taniec demonów.” Mam też w planach muzyczny projekt związany z postacią Sophii Loren, ale narazie nie chcę zdradzać szczegółów. Podejrzewam, że będzie to rok bardzo pracowity, ale praca jest sensem mojego życia. Planuję też oczywiście podróże do Włoch – te prywatne i te związane z pracą. Włochy to jedna z moich największych miłości i mam nadzieję, że ta miłość zostanie odwzajemniona!

Dziękuję serdecznie za rozmowę

Rozmawiała Agnieszka B. Gorzkowska

Autorami zdjęć są Urszula Mróz oraz Maciej Barski




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

− 1 = 6