Trzęsienie ziemi na wyspie Ischia – dramatyczna relacja czytelniczki

Prosto z wyspy Ischia, pani Marta Pająk relacjonuje tuż po trzęsieniu ziemi:

Nie było żadnej ewakuacji, jesteśmy w Forio, tu czulismy wstrząs, ale nie ma zniszczeń. My chyba zostajemy, wczoraj był pierwszy dzień naszych wakacji. Jestem z meżem i synem 5 letnim.

Pierwszy dzień wakacji na nieznanej nikomu wyspie Ischia.
Cudownie, mimo braku snu, bo samolot startował o 6 z hakiem.
Wiadomo, zamachy terrorystyczne teraz na topie, ale przecież nie na maleńkiej Ischii.
Wracamy z wieczornego spaceru. Plaża, zachód słońca, upalny wieczór, nadmorska promenada, knajpki, kolory, młody zajada włoskie lody, najlepsze na świecie. Jest lepiej, niż miało być. ITALIA 💖 w końcu mogę sprawdzić, czy czegoś się przez ten rok nauczyłam po włosku 😀
Wracamy do domu.
Mieszkamy na wzgórzu, dziesíątki krętych, wąskich ukiczek, co chwilę schodki, balkony, wykusze. Gęsta zabudowa. Nie ma nawet chodnika. Na brukowanej uliczce postawione są słupki, metr od budynków, za którymi jest chodnik.
Zmęczeni.
W planach: kąpiel młodzieźy, lulilajki, i po drinku dla dorosłych na tarasie, który jest 3-m piętrem naszego tymczasowego domu.
Bajka.
Jeszcze z 200 metrów do domu.

Nagle dziwny głuchy dźwięk, jak odgłos dalekiej burzy, ale dłuższy. I uczucie, jakbym weszła w dziurę w ulicy, której tam nie było przecież. Gaśnie światło. Wszystkie światła gasną. Myślę: zamach, nie wierzę, wbiegamy na oślep do najbliższego sklepiku. A ze sklepiku wszyscy drą się w niebogłosy „FUORI, FUORI!!!” czyli na zewnątrz. Miejscowi oczywiście wiedzą, że to trzęsienie ziemi.

Jeszcze 30 metrów i jesteśmy na placyku przed kościołem. Jedyne miejsce bez budynków nad głowami w okolicy.
To naprawdę maleńki placyk. Ale wydaje się w tym momencie najlepszy.
Wszyscy okoliczni mieszkańcy też tam są.
W kazdym razie po 2-giej wróciliśmy do domu…

Młody spał w samochodzie księdza, każdy dostał koc. Ktoś kupił pizzę dla wszystkich. My akurat mieliśmy fantę to częstowaliśmy fantą.
Dowiadywaliśmy się powoli, co się stało.
Muszę już spać. Nie dam rady. Szaleństwo.

Muszę dokonczyć, muszę to opowiedzieć. Gdy zatrzymaliśmy się na placu przed kościołem, od razu (tak jak wszyscy pozostali) dzwonimy do domu. Godzina 21.00. Nic, zero sieci. Ciemno jak w d…, zero światła, zero zasięgu, zero obcokrajowców oprócz nas. Wczoraj przez placyk przewinęło się kilkadziesiąt osób, z których 1 znała angielski dobrze i 1 ledwo ledwo. Okazało się, że roczny kurs włoskiego był jednak po coś. Po paru minutach prąd wrócił, ale za to w każdą stronę masowo zaczęły jeździć samochody wypełnione ludźmi. Piotrek mówi: zobacz, oni wszyscy uciekają. My nawet nie wiedzielibyśmy dokąd uciekać… My dalej nic nie wiemy, wszyscy wkoło trajkoczą, ale przecież z tych słów wyłapuję tylko pojedyncze bez znaczenia. Stoimy wszyscy na kupie, jak najdalej od budynków. To naprawdę mały placyk. A potem…
Zaczęły jeździć karetki na sygnale, przejeżdżały koło nas, przecinały placyk. I karabinieri. Na sygnale. A Ty czlowieku trzymaj się, bo przecież jest z Tobą pięcioletni synek, który na szczęście nic z tego nie rozumie… W końcu zaczyna działać sieć. Widzę jak ludzie wokół coś sobie pokazują. W polskim internecie nie ma na razie nic, żadnych info. No to proszę jakichś ludzi. Mowią: trzęsienie ziemi, trzy domy zwalone w sąsiednim miasteczku. Nie wolno wchodzić do domów. Bo… Czekamy na wstrząsy wtórne… O k… No przepraszam, ale to było jedyne co pomyślałam. Rozmawiamy o tym, synek mówi nagle: mamo, nie chcę żeby ten nasz nowy dom się zawalił, tam jest mój Ciapek…
Dookoła placyku parę sklepików. Warzywa, sprzęt elektroniczny, misz-masz, apteka. Wszyscy właściciele stoją z nami. Nikt nie wchodzi do budynków. Piszę do właściciela mieszkania, w którym śpimy, przychodzi na placyk. On mieszka w Rzymie, chwilowo w Forio. To jego pierwsze w życiu odczuwalne trzęsienie… Siadamy na ulicy, schodzi się więcej osób, przyjeżdża ksiądz. Syn na szczęście zasnął w wózku, który w zasadzie wzięliśmy w ostatniej chwili, może się przyda. Ksiądz otwiera Kosciół, wynosi krzesła. Potem koce, robi posłanie dla synka. Jest ciepło. I tak minęło nam ponad 5 godzin. Później ksiądz otwiera nam swój samochód, gdzie synek ma już świetne łóżko. Tyle dobrego, że śpi jak kamień…
Mamy informację, że po 22.00 były wstrząsy wtórne ale już tylko o mocy 1. Czekamy. Następna informacja, że karabinieri zalecają wszystkim, aby pozostali na zewnątrz do 2 w nocy… Karetki przyjeżdżają co jakaś czas, zatykam synowi uszy, żeby się nie budził… Około drugiej przyjeżdża kobieta, która jako pierwsza tego wieczoru zna angielski i pokazuje info od swojego znajomego z instytutu sejsmograficznego, że nic się już nie bedzie działo… Rozchodzimy się do domów. Przed naszym domkiem wszyscy sąsiedzi na zewnątrz, na krzesłach… Siadamy z nimi, mówią, że się boją… Oglądamy razem koszmarne zdjęcia z sąsiedniego miasteczka…
Puenta? Chyba brak puenty. Niezapomniane wakacje, to na pewno. Co dalej? Nie wiem. Chcę spać, ale synek od 7 na nogach, wyspany. Mówi do mnie dziś rano: ten dom jest fajniejszy niż nasz, tylko wieczorem mi się tu nie podoba, bo są te wstrząsy…
Moze to głupie Pani Aleksandro, ale myślimy sobie, że coś najgorszego już za nami…
Redakcja dziękuje pani Marcie Pająk za relację z trzęsienia ziemi.
Pani Marta Pająk przekazuje  podziękowania dla księdza z kościoła San Michele Arcengelo w Forio
Rozmawiała: Aleksandra Seghi

 




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.