Eliza Segiet i opowiadanie pt. List do siebie

Pani Eliza Segiet przesłała do Redakcji opowiadanie pt. List do siebie. Zapraszamy do lektury.

Eliza Segiet

Marlenie Żukower


Dzisiaj rzadko pisze się listy takie jak kiedyś. To było coś wyjątkowego. Papeteria,
koperta, znaczek, skrzynka pocztowa i ten czas wyczekiwania na odpowiedź. Teraz, dzięki
technice, świat skurczył się do szybkich wiadomości. Nawet jeżeli w nich wkradnie się jakiś
błąd, to tym już prawie nikt się nie przejmuje. Może są tacy, nieliczni, którzy jeszcze
zwracają uwagę na szczegóły. Ale tempo życia nie nastraja do poprawności literackiej. Może
trzeba spróbować napisać list do siebie, zamiast do kogoś? Nikt oprócz mnie nie przeczyta,
nikt nie skrytykuje. Brak hejtu to podstawa!


Jak chciałabym rozpocząć list? Może: droga Elizo, może kochana, a może tylko
Elizo?


Nieważne! To nie ma żadnego znaczenia.


Dawno nie miałam czasu, by zająć się sobą. Wciąż komuś potrzebna, zawsze dla
kogoś. Zaczęłam zastanawiać się, czy kiedyś ktoś to zauważy. Wiem, że nie. Dobro jest
niewidzialne!


Ale jeżeli nie potrafi się wyrządzać zła, to być może powinno się czynić dobro. Teraz wiem,
że wszystko w życiu robimy dla siebie, dla własnego samopoczucia. Przecież zawsze można
udawać, że nie widzi się potrzeb kogoś z boku, ale przecież człowiek źle by się czuł z
odrzuceniem osoby potrzebującej jakiejkolwiek pomocy.


Są osoby, które bez pomocy innym chyba nie umiałyby pogodzić się z samym sobą.
Moja koleżanka miała bardzo chorą, niedołężną, w dodatku z Alzheimerem, mamę. Od lat
leżąca i bezkontaktowa, ale wciąż kochana. Teoretycznie znajoma mogła ją oddać do
ośrodka, gdzie znalazłaby opiekę. Tak, zrobiła to, ale po dwóch dniach zabrała mamę z
powrotem do domu. Dlaczego? Wiedziała, że gdyby nawet mama miała bardzo ciężko w
młodości, nigdy by jej nie oddała gdziekolwiek. Sama walczyła z przeciwnościami losu, ale
źle by się czuła, jakby do ostatnich dni życia mamy, nie dałaby jej poczucia spokoju, ciepła i
miłości. Choć jej samej było ciężko, do końca dawała mamie całą siebie. Prawdę mówiąc,
prawie do ostatniej chwili mama mogła poczuć troskę ze strony córki. Prawie, gdyż na końcu
drogi życia, na szpitalnej sali, leżała sama pod respiratorem, a moja koleżanka w drugiej sali –
pod tlenem.


Wiadomości, które do mnie pisała były wstrząsające. Wtedy zrozumiałam, że te króciutkie
smsy mogą być świadectwem życia i śmierci. Jeden z nich miał treść, która mnie zmroziła: W
nocy zmarła mama, ja nadal pod tlenem i walczę jak się da. Pogrzeb może za 3 tygodnie.
Obym wyszła do tego czasu
. Nie wiedziałam, co napisać… odpowiedziałam: Współczuję.
Trzymaj się!
Wiem, że to mało, dużo za mało, ale nie chciałam jej męczyć i zmuszać osoby
podłączonej do tlenu do odpisywania na jakieś zadawane pytania. Kolejny sms od niej był
jeszcze bardzie wstrząsający: mama czeka na pogrzeb w lodówce. Nie wiem czy pójdę na
pogrzeb, na razie muszę być pod tlenem. Mama nie była zaszczepiona. Teraz wybieram kwiaty
i trumnę, wszystko na odległość
.


Słowo lodówka przemówiło do mnie ze zdwojoną siłą. Myślałam o tym, jak czuła się
moja koleżanka ze świadomością, że nie może nawet dojść do ukochanej mamy i pożegnać
się z nią… Jak mogła się czuć nie wiedząc czy będzie w stanie odprowadzić mamę w jej
ostatnią drogę?


Czy potrzebne są długie listy? Nie wiem, zapewne przeszły już do historii epistolografii.
Teraz nadszedł czas na szybkie, treściwe informacje.
Czasami dobre, czasami tragiczne jak ta korespondencja z moją koleżanką.

Myślę, że najważniejsze jest mieć do kogo napisać, mieć się kim zająć, móc na kogoś czekać.
Świat zubożał. Pęd nie pozwala na zatrzymanie. Cokolwiek się dzieje, jest załatwiane szybko,
szybciej, finisz.


Nie nabierają pędu wspomnienia i koniec tęsknoty za czasem, który już nie wróci. To
trwa, wciąż boli i wciąż powraca. Chociaż może dobrze, że pamięć jest częścią naszego
istnienia. Dopóki ona jest, nie wolno zapominać, że gdzieś, ktoś może potrzebuje naszego
wsparcia. Dopóki jest pamięć, jest życie. Tracąc ją, w pewnym sensie tracimy siebie, ale
powinniśmy zostać w czyjejś pamięci. Zdrowy człowiek przeszłości nie wymaże w całości i
kiedyś wspomni nawet złe chwile. W końcu jesteśmy zaślubieni z rozumem.


Pora kończyć. Czas zastanowić się, co można zrobić dla siebie, dla bliskich, dla
świata. Co można zrobić, by częściej dostawać dobre wiadomości. Nawet te króciutkie, ale
dobre. Może trzeba wygrawerować na jakimś metalu, albo w drewnie: żyj i ciesz się życiem.
Nie tylko patrz, ale zobacz
!

Eliza Segiet – absolwentka studiów magisterskich Wydziału Filozofii, autorka siedmiu tomów wierszy, monodramu, farsy i minipowieści. Jej teksty można znaleźć w licznych antologiach, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich oraz World Nations Writers Union. Laureatka Międzynarodowej Publikacji Roku (2017 r., 2018 r.) w Spillwords Press (USA) oraz Nagrody Literackiej Złota Róża im. Jarosława Zielińskiego (za tom Magnetyczni) w 2018 r. Dwukrotnie jej wiersze (2018 r., 2019 r.) zostały wybrane jako jedne ze 100 najlepszych wierszy roku  w International Poetry Press Publications (Kanada). W The 2019 Poet’s Yearbook  została nagrodzona prestiżową nagrodą Elite Writer’s Status Award jako jeden z najlepszych poetów 2019 r. Nominowana do Pushcart Prize 2019 oraz laureatka Naji Naaman Literary Prize 2020. Laureatka I miejsca ( kategoria – poezja zagraniczna ) – w konkursie Quando È la Vita ad Invitare za wiersz Być sobą (Włochy, 2019 r.). Wyróżnienie w konkursie Premio Internazionale Salvatore Quasimodo (Włochy, 2019 r.). Nagroda Specjalna we włoskim konkursie I POETI SONO MAESTRALI za wiersz Wycofany (Włochy, 2019 r.)




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

30 − = 23