Legendy polskiej muzyki: Anna Jantar

Anna Jantar była najbardziej słoneczną polską piosenkarką. Szkoda, że los obszedł się z nią tak okrutnie: zginęła w katastrofie lotniczej, wracając z koncertów dla Polonii amerykańskiej.

Kłopot z jej nazwiskiem pojawił się już na początku kariery, gdy Anna Maria Szmeterling mieszkała w Poznaniu przy ul. Kasprzaka (dziś na ścianie kamienicy widnieje tablica pamiątkowa). Było za długie na plakat i dla konferansjerów, o publiczności nie wspominając, więc stosownego pseudonimu scenicznego szukała cała rodzina. Może „Anna Ling”, może „Anna Terling”? Ktoś rzucił nawet „Anna Maria”, ale po piosence Czerwonych Gitar pomysł wydawał się zgrany. W rezultacie młoda piosenkarka, zainspirowana wakacjami w nadmorskim Jantarze, wybrała budzące sympatyczne skojarzenia nazwisko „Jantar”. I ruszyła w estradową podróż. Była już żoną Jarosława Kukulskiego: ślub odbył się w kościele św. Anny na poznańskim Łazarzu. Anna nosiła długą białą suknię, na głowie białą opaskę z bukiecikami kwiatów. Jarosław na ślubnym zdjęciu demonstruje – zgodnie z modą z tamtych lat – słynne „pekaesy”, czyli długie bokobrody.

„Najtrudniejszy pierwszy krok”

Państwo młodzi grali wtedy w zespole Waganci i mnóstwo podróżowali z koncertami po kraju. Aż tu nagle trafiła im się gratka – możliwość pokazania się w filmie pt. „Milion za Laurę”, w którym lekka fabułka była jedynie okazją do zaprezentowania się kilku schodzących już z estrady zespołów bigbitowych, jak No To Co czy Pro Contra. Ale na ekran weszła ostatecznie już młoda krew. Na estradzie wydumanego festiwalu bigbitowego w Bieszczadach zespół Waganci zaśpiewał piosenkę na cześć Wojsk Ochrony Pogranicza pt. „Czujna straż”. Sama Anna Jantar figurowała na ekranie najwyżej kilkadziesiąt sekund, ale pierwszy krok w kierunku ogólnopolskiej sławy został zrobiony.

Tę okazję młodzi muzycy postanowili wykorzystać jak najlepiej. Na wspólnych koncertach z Czerwono-Czarnymi grywali niemal codziennie w różnych miejscach kraju, a w sobotę i w niedzielę dawali nawet trzy, cztery koncerty dziennie. Zaczynali o dziewiątej, następny koncert o jedenastej, jedli obiad (Ania uwielbiała rosół), a potem następna seria koncertów: o trzeciej po południu, o piątej i o dwudziestej.

Rzadko który koń wytrzymałby podobne tempo, ale siły młodych wydają się niespożyte. Wprawdzie zarabiali niezłe pieniądze – Jarek dostawał za prowadzenie zespołu ok. 500 zł od koncertu, Ania 400, ale – przykładowo – elegancki smoking kosztował wówczas ok. 3700 zł, a bez tego trudno było się pokazać na estradzie. W dodatku taki maraton koncertowy w końcu skutkował przemęczeniem całej ekipy. Pod koniec 1971 roku w grudniu, podczas śnieżycy i gołoledzi, muzycy zmęczeni do gruntu wracali nocą z Piszu do Olsztyna. W pewnym momencie kierowca, który ledwo widział przed sobą drogę, skręcił zbyt gwałtownie, autem zarzuciło, samochód stuknął o drzewo i Ania, która siedziała obok prowadzącego wóz, ocalała tylko dlatego, że akurat w tym momencie była odwrócona bokiem do kierowcy. Miejsce, w którym znajdowała się jeszcze przed chwilą, zostało kompletnie zmiażdżone. Miała pogruchotaną rękę i rozcięte czoło, ale młody organizm szybko dał sobie z tym radę. Nie było czasu na dłuższą rekonwalescencję, bo Ania trafiła już na okładki kolorowych czasopism. Uśmiechała się z pierwszej strony „Radaru”, „Panoramy”, magazynu ilustrowanego „Przyjaźń”, a nawet z ówczesnego magazynu dla telewidzów pod tytułem „RTV”. No i wtedy, w roku 1972, pierwszy raz wyjechała za granicę: na razie tylko na Wschód, ale zawsze. Trasa biegła przez Moskwę, Leningrad, Rostów nad Donem, Krasnondar, Soczi, Baku aż po Odessę. Tournée trwało trzy miesiące.

Zawsze gdzieś czeka ktoś”

Właśnie wtedy, w roku 1972, Kukulscy doszli do wniosku, że Poznań jest dla nich już za ciasny, że pora wyfrunąć. Zresztą inni miejscowi artyści też byli tego zdania. Dla Kukulskich nastał czas pożegnania poznańskiej palmiarni, deserów w cukierni Kociak, bimb (poznańska nazwa tramwaju), no i ulicy Kasprzaka, z którą wiązało się tyle wspomnień. Osiedli w Warszawie, w skromnym mieszkanku niedaleko placu Komuny Paryskiej (dziś Wilsona).

Zajmowali jeden maleńki pokoik z aneksem kuchennym, ale za to w dobrym miejscu: blisko do Polskiego Radia, do siedziby Telewizji Polskiej, gdzie nagrywało się teledyski. Wtedy już Telewizja zaczęła być kolorowa, programy rozrywkowe miały sznyt niemal amerykański. W czasach Gierka (i za prezesury Macieja Szczepańskiego) redakcja rozrywki otrzymała budżet dziesięciokrotnie większy niż ten, którym dysponowała dotychczas.

Z mieszkania mieli też blisko do PAGART-u, gdzie jeździło się po paszport, bo w kolejnych latach Anna Jantar stała się jednym z naszych najlepszych towarów eksportowych. Pasmo sukcesów zaczęło się od przeboju „Najtrudniejszy pierwszy krok” zaśpiewanego w 1973 roku w Opolu. Potem posypały się już laury na festiwalach: w Austrii, Irlandii, Finlandii, NRD. Jej piosenki nuciła cała Polska i kraje ościenne: „Staruszek świat”, „Tyle słońca w całym mieście”, „Zawsze gdzieś czeka ktoś” i dziesiątki kolejnych są znane do dziś. Sami zaś Kukulscy stali się najbardziej popularnym „małżeństwem celebryckim” tamtych lat.

W 1976 roku urodziła im się córka, której dali na imię Natalia. Anna Jantar mówiła wtedy: „Macierzyństwo to coś niesamowitego. Nie masz pojęcia, jak wspaniale jest urodzić dziecko. To jakiś cud zmieniający wszystko, to coś małego i bardzo żywego, wrzeszczącego, jest nierozerwalnie moje, najukochańsze, najważniejsze…”. I musiała dzielić czas między macierzyństwo, studio nagrań i estradę.

Wtedy też zaczęła często podróżować do Stanów Zjednoczonych i Kanady, gdzie koncertowała dla Polonii. Podczas jednego z takich wyjazdów poznała amerykańską wokalistkę Glorię Gaynor i zainspirowała się. Odtąd chciała śpiewać jak ona – opuścić rewiry piosenki „lekkiej, łatwej i przyjemnej”. Dlatego w roku 1979 podjęła nowe wyzwanie. Jako megagwiazda piosenki pop zgodziła się zaśpiewać z megagwiazdą polskiego rocka – zespołem Budka Suflera. Ich wspólny utwór „Nic nie może wiecznie trwać” został wybrany piosenką roku 1979 przez widzów kultowego telewizyjnego programu Studio Gama.

Nic nie może przecież wiecznie trwać”

Pod koniec grudnia 1979 roku Anna Jantar poleciała na koncerty do USA, by występować w klubach polonijnych w Chicago i New Jersey. Amatorska kamera nagrała ją podczas ostatniego koncertu w Stanach: „Dobry wieczór, witam państwa bardzo serdecznie. Witam wszystkie dzieci, które przyszły dzisiaj także. Drodzy państwo, witam i w zasadzie niestety z przykrością stwierdzam także, że żegnam. Ponieważ śpiewam dzisiaj po raz ostatni dla państwa i bardzo się cieszę i jednocześnie smucę trochę z tego powodu. A rozpocznę piosenką o pięknym tytule, który może być także receptą na szczęście «Żeby szczęśliwym być»”.

Nie wiedziała wówczas, że był to jej ostatni koncert w życiu. 14 marca 1980 roku radziecki samolot Ił-62 z Nowego Jorku do Warszawy, którym wracała do domu – do męża i córki – rozbił się przy podchodzeniu do lądowania. W dłoniach Anna Jantar do ostatnich chwil trzymała różaniec, przekazany potem jej matce przez lekarzy sądowych. Została pochowana 5 marca 1980 na Cmentarzu Wawrzyszewskim w Warszawie, a ceremonia pogrzebowa zgromadziła 40 tys. osób.

Jej przyjaciółka, piosenkarka Halina Frąckowiak, wspominała: „Ania przyciągała do siebie swoim serdecznym uśmiechem. Jej otwarta i szczera radość była czymś unikatowym i wprost zaraźliwym. Nie przypadkiem sztandarowym utworem Ani stała się piosenka «Tyle słońca w całym mieście». Ania całą sobą niosła aurę słońca”.

Tekst Wiesław Kot, Doktor nauk humanistycznych ze specjalnością literatura współczesna, profesor uniwersytecki SWPS, krytyk filmowy i publicysta. Autor ponad 30 książek, w tym ostatnio wydanej: „Manewry miłosne. Najsłynniejsze romanse polskiego filmu”.

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za granicą 2021 r.
*Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Źródło DlaPolonii.pl




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.