Eliza Orzeszkowa – czujące serce epoki

Żyła na skrzyżowaniu epok, kultur i narodów. Umiała jednak sobie samej i milionom czytelników wskazać właściwy kierunek. 18 maja minęła 112. rocznica śmierci Elizy Orzeszkowej.

Szlachta schodzi już z areny dziejowej, pora otworzyć się na nowych ludzi, nowe środowiska, na nowe czasy – do takiego wniosku doszła Elżbieta (z czasem zmieniła imię na Eliza) z Pawłowskich, ziemiańska córka z Miłkowszczyzny w pobliżu Grodna, już jako nastolatka. Nieco powierzchownej wiedzy i ogłady zdobyła – wraz z Marysią Wasiłowską, później Konopnicką – na pensji sióstr sakramentek. Męża, ziemianina Piotra Orzeszkę, wybrała dla niej matka. Ten wyrzucał żonie, że marnuje czas na prowadzenie szkółki dla chłopskich dzieci. I że podczas powstania 1863 roku szmugluje broń ukrytą w zakamarkach krynolinowych sukien i tuż pod okiem Rosjan przewozi we własnej karecie dyktatora powstania Romualda Traugutta. Ale na Sybir, zamiast Elizy, zesłano – skutkiem donosu – Piotra Orzeszkę. Kiedy Eliza zrozumiała, jakim nieporozumieniem było jej małżeństwo, wystąpiła o jego unieważnienie (w chwili ślubu miała zaledwie 17 lat), godząc się na związany z tym skandal. Kolejny wybuchł w roku 1870, kiedy to sprzedała dobra rodzinne oficerowi rosyjskiemu. Okoliczna szlachta się oburzała, ale Orzeszkowa rozumiała, że to jedyne wyjście. Polakom w tych guberniach nie wolno było nabywać ziemi, a majątek – po uwłaszczeniu chłopów – popadał w nieodwracalną ruinę.

„Nad Niemnem”

Osiadła na stałe w Grodnie – zubożała, zdeklasowana, otoczona niechęcią okolicznych ziemian. I wtedy zrozumiała, że albo przepadnie w biedzie, niepamięci i niesławie, albo – odbije się od dna. „I w tym samym właśnie momencie pisać zaczęłam. Z bardzo niedostatecznem przygotowaniem umysłowem i artystycznem” – wspominała po latach. Tyle że kolejne tematy podsuwały jej pod pióro własne doświadczenia. Powieść „Marta” (1873), która spowodowała, że o pisarce z prowincjonalnego Grodna po raz pierwszy zrobiło się głośno, ujmowała się za kobietami osamotnionymi skutkiem nagłego zubożenia czy wdowieństwa. „Wysadzonymi z siodła”, jak o nich mawiano. W kolejnych powieściach – „Meir Ezofowicz”, „Eli Makower” – portretowała, jako pierwsza w naszej literaturze, środowiska żydowskie.

Kiedy chwytała za pióro, pracowała systematycznie, dokładnie, zapamiętale, jak wiejska wyrobnica. Spod jej ręki wyszło ponad 50 sporych powieści, a także opowiadania i nowele liczone w dziesiątki. Przekłady i korespondencja z najwybitniejszymi umysłami swej epoki wymagałyby pokaźnych regałów. Pisanie stało się z czasem jednym z jej dwóch ulubionych nałogów. „Jedno tylko przyzwyczajenie mam fatalne. Palę papierosy – pisała do przyjaciół. – …nauczyłam się czytać, pisać i – papierosy palić. Wszystkie te trzy rzeczy robię aż dotąd”.

We wspomnieniach współczesnych pisarki czytamy często: „Widoczna była biała, jakby zawieszona w powietrzu, dostojna twarz. Wrażenie to potęgowały kłęby dymu z papierosa, które panią Elizę prawie zawsze otaczały”. Nawet podczas uroczystego rautu wydanego z okazji 25-lecia jej pracy literackiej nie wytrzymała i szepnęła do znajomej: „Na miły Bóg, wyprowadź mnie pani na papierosa!”. Zdarzały się nawet drobne wypadki. „Dziś niewyraźnie piszę – tłumaczyła się osobistemu lekarzowi – z powodu sparzenia sobie palca zapałką (kara za palenie papierosów!)”.

„Z różnych sfer”

Przybywało kolejnych tomów, rosła sława, Orzeszkowa podejmowała nowe inicjatywy. W 1879 roku założyła w Wilnie spółkę księgarsko-wydawniczą. Władze rosyjskie tolerowały ją trzy lata, po czym tamtejszy Departament Policji zamknął ją pod pretekstem szerzenia „buntowniczych treści”. Pisarkę objęto trzyletnim zakazem opuszczania Grodna. Teraz musiała co tydzień meldować się na lokalnym posterunku i wpisywać swoje nazwisko do księgi kryminalistów, obok koniokradów, podpalaczy i fałszerzy weksli.

Sama nie próżnowała. W kółku towarzyskim dla dziewcząt dawała wykłady z literatury, organizowała zbiórki na biedne dzieci żydowskie. U ziemian i przemysłowców starała się o stypendia zagraniczne dla zdolnej młodzieży. I pisała, pisała, pisała… Zawsze lekko zazdrosna o sukcesy literackie Henryka Sienkiewicza i Bolesława Prusa. Do Nagrody Nobla przedstawiano ją dwukrotnie, głównie dzięki temu, że jej powieści szeroko czytano w Szwecji. W roku 1905 ubiegł ją jednak Henryk Sienkiewicz, a w 1909 – Selma Lagerlöf.

Orzeszkowa była już wówczas jednym z najbardziej światłych umysłów swojej epoki. Oczytana, serdeczna, otwarta, dalekowzroczna. „Wszelkie antysemityzmy, antyrusinizmy itd. są naprzód rzeczą głupią i złą, następnie dla nas zabójczą” – tłumaczyła przyjaciołom w listach. Gubernialne Grodno, w którym osiadła, w połowie zamieszkiwali Żydzi, w 30 procentach Polacy, a resztę stanowili „ludzie tutejsi” – Białorusini zwani Rusinami. „Chcę koniecznie poznać dobrze Rusinów, na których morzu my tu jesteśmy wyspami, dużo o nich pisać i nawet zabrać z nimi trochę stosunków” – zapowiadała. I kiedy zapukał do niej niejaki Leonard Dziadul, białoruski chłop, samouk z plikiem zapisanych kartek pod pachą, przeczytała, pochwaliła, pomogła dostać się do szkoły ogrodniczej w Warszawie, a potem interesowała się jego losem. Kiedy miasto w 1885 roku ogarnął wielki pożar, to właśnie białoruscy sąsiedzi rzucili się w ogień, byle tylko wydrzeć płomieniom jak najwięcej dobytku „swojej pani”. Kiedy zapadła na ciężką chorobę, z której miała już nie wyjść, ci sami Białorusini na ochotnika wyłożyli ruchliwą, pokrytą brukiem ulicę, przy której mieszkała, słomą przywiezioną z okolicznych wiosek, żeby hałas nie powiększał jej cierpienia.

„I pieśń niech zapłacze”

A jednak – mimo rozlicznych sukcesów literackich, rozlicznych hołdów i oddania ze strony współmieszkańców Orzeszkowa z upływem lat coraz mocniej pogrążała się w „melancholii”, w poczuciu osamotnienia, straty, żalu do losu. Dziś powiedzielibyśmy, iż popadała w stany depresyjne. „Właściwie żyję, bo muszę, pracuję, bo nie mam co z sobą i ze swymi dniami zrobić, ale w tym wszystkim prawdziwego życia nie ma” – skarżyła się przyjaciołom. Dowody uznania przyjmowała chłodno, jakby dotyczyły kogoś innego. „Ratować, naprawiać, bronić, wskazywać źródła cierpień, wynajdywać źródła pociechy, ogarniać ramionami słabych w siostrzanym uścisku, wnosić światło w ciemnice życia…” – tak Maria Konopnicka nazywała jej zasługi w 1907 roku podczas uroczystych obchodów czterdziestolecia twórczości autorki „Nad Niemnem”.

Zmarła na atak serca 18 maja 1910 roku. Na zdjęciach z jej pogrzebu widać dwie grupy żałobników: mniej liczna grupa to osobistości ze świata kultury i organizacji społecznych. A nieco dalej kłębi się tłum „tutejszych”, których nikt specjalnie nie zapraszał – w chłopskich kożuchach, w chustkach, w żydowskich chałatach, w rzemieślniczych kapotach. Nad grobem pisarz Józef Kotarbiński powiedział: „Ona była żywą mądrością i czującym sercem całej epoki…”.

Tekst Wiesław Kot, Doktor nauk humanistycznych ze specjalnością literatura współczesna, profesor uniwersytecki SWPS, krytyk filmowy i publicysta. Autor ponad 30 książek, w tym ostatnio wydanej: „Manewry miłosne. Najsłynniejsze romanse polskiego filmu”.

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za granicą 2021 r.
*Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Źródło DlaPolonii.pl




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.