Pół wieku od olimpijskiego złota w Monachium

Pół wieku temu o reprezentacji Polski w piłce nożnej po raz pierwszy w historii zrobiło się naprawę głośno, a cały świat piłkarski mówił o naszych graczach z ogromnym uznaniem. Dokładnie 50 lat temu, 10 września 1972 r. polska drużyna pod wodzą trenera Kazimierza Górskiego została mistrzem igrzysk olimpijskich w Monachium. Kulisy i konsekwencje tego wielkiego sukcesu wspomina Krzysztof SZUJECKI.

Polacy na igrzyska olimpijskie wyruszyli 24 sierpnia. Dzień wcześniej odbyło się uroczyste ślubowanie, po którym zorganizowano spotkanie wspomnieniowe. Władysław Szczepaniak, uczestnik igrzysk w Berlinie w 1936 r., opowiadał o turnieju, na którym nasza drużyna otarła się o medal, zajmując czwarte miejsce.

Tę niezwykłą drużynę tworzyła grupa zawodników urodzonych w latach 40. XX wieku, m.in.: Robert Gadocha, Kazimierz Deyna, Lesław Ćmikiewicz, kapitan reprezentacji Włodzimierz Lubański i wielu innych. Wszyscy oni po zdobyciu złota zyskali w kraju ogromną popularność.

Nasi piłkarze od początku rozgrywek w Monachium szli jak burza, remisując tylko w swoim czwartym meczu z Danią (1:1). Poza tym wygrywali z mniej lub bardziej wymagającymi przeciwnikami: Kolumbią 5:1, Ghaną 4:0, NRD 2:1, ZSRR 2:1 (rywale początkowo objęli prowadzenie, ale dzięki golom Kazimierza Deyny i Zygfryda Sołtysika nasza drużyna wyszła zwycięsko z tego meczu) i Maroko 5:0.

Spotkanie decydujące o mistrzostwie olimpijskim, rozgrywane w deszczu, z Węgrami oglądało na stadionie 60 tysięcy widzów. Ulice polskich miast całkowicie opustoszały, Polacy w napięciu śledzili przed telewizorami poczynania narodowej reprezentacji. Ku ogólnej radości, po dwóch golach Deyny, nasi pokonali zwycięzców dwóch poprzednich turniejów piłkarskich na igrzyskach 2:1. Mecz ten odbywał się na bardzo wysokim poziomie, a Węgrzy – choć nie były to już lata ich największej świetności – stanowili znakomity zespół. Wystarczy tylko wspomnieć, że to była dopiero druga wygrana Polaków z Węgrami w całej pięćdziesięcioletniej historii spotkań obu drużyn. Dodatkowym powodem do dumy było to, że nasz najbardziej wyróżniający się piłkarz, Kazimierz Deyna, został królem strzelców olimpijskiego turnieju.

Powracających triumfalnie reprezentantów trenera Górskiego witały na lotnisku Okęcie tłumy rodaków. Dla upamiętnienia tego wyjątkowego sukcesu 10 września, w którym odbywał się ów zwycięski dla nas finał, został ustanowiony w Polsce Dniem Piłkarza.

To epokowe wydarzenie rozpoczęło okres złotej ery polskiego futbolu. I choć stwierdzenie to powtarza się wielokrotnie, nie ma w nim cienia przesady. Gdy przed wyjazdem do Monachium trener wspominał, że medal jest w zasięgu Polaków, brzmiało to jak pobożne życzenia. Okazało się jednak, że Kazimierz Górski doskonale wiedział, co mówi. Oczywiście trzeba pamiętać, że podczas igrzysk olimpijskich kraje bloku wschodniego, takie jak Polska, były w uprzywilejowanej sytuacji, ponieważ mogły wystawiać swoje pierwsze reprezentacje. Formalnie nie istniał bowiem u nas sport zawodowy, który świetnie rozwijał się na Zachodzie, a w tamtych czasach podczas igrzysk mogli startować wyłącznie amatorzy (ludzie uprawiający sport wyczynowo, ale nie czerpiący z tego tytułu korzyści finansowych).

Tym niemniej zwycięstwo podczas prestiżowej, oglądanej przez miliony ludzi na całym świecie imprezy miało swoją wielką wymowę. Zostało ponadto odniesione na terenie kraju, który zaatakował Polskę w 1939 r., rozpoczynając drugą wojnę światową, w której zginęło wielu członków rodzin naszych ówczesnych reprezentantów.

Dwa lata po sukcesie olimpijskim przyszedł jeszcze większy – medal mistrzostw świata w piłkę nożną, odbywających się w RFN, na których grały już pierwsze składy wszystkich najlepszych drużyn globu. Na ten turniej trener Górski zabrał dziewięciu mistrzów olimpijskich z Monachium. O klasie naszej drużyny świadczą zwycięstwa z faworyzowanymi Argentyną, Włochami i legendarną Brazylią (w meczu o trzecie miejsce).

Wielką sławę zyskał wtedy Grzegorz Lato, który został królem strzelców niemieckiego mundialu. Z kolei Kazimierza Deynę wybrano trzecim zawodnikiem tego turnieju. Znalazł się on tuż za takimi asami światowego piłkarstwa, jak Holender Johan Cruyff i Niemiec Franz Beckenbauer. Ten sukces Polaków uzmysłowił wszystkim sceptykom, że złoto olimpijskie nie zostało ani zdobyte przypadkiem, ani przez drużynę, która by ustępowała poziomem pierwszym reprezentacjom najlepszych krajów świata. W dowód uznania po powrocie do Polski nasza reprezentacja, wraz z trenerem Górskim, została uroczyście przyjęta przez pierwszego sekretarza partii Edwarda Gierka i premiera Piotra Jaroszewicza.

Po kolejnych igrzyskach w Montrealu, gdzie Polacy zdobyli srebrny medal, przegrywając w finale z RFN, Kazimierz Górski odszedł ze stanowiska. Jego bliscy przekonują, że decyzję o rozstaniu z kadrą podjął przed tymi zawodami i ostateczny wynik nie miał żadnego znaczenia. Tak czy inaczej – w kraju przyjęto drugie miejsce jako porażkę. A ile dziś byśmy za taką „porażkę” oddali…

Kazimierz Górski zmarł w 2006 r., przeżywszy 85 lat. „Trener tysiąclecia” – jak zgodnie się o nim w Polsce mówi – pośmiertnie uhonorowany został najwyższym odznaczeniem UEFA – Rubinowym Orderem Zasługi, a także, przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. W marcu 2015 r. przy Stadionie Narodowym w Warszawie odsłonięto pomnik z brązu Kazimierza Górskiego, na którym widnieje cytat z jednego z najbardziej znanych jego stwierdzeń: „Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe”…

Tekst Krzysztof Szujecki, polski historyk sportu, specjalizujący się w dziejach współczesnego ruchu sportowego. Autor książek, m.in. kilkutomowej „Historii Sportu w Polsce” ,”Encyklopedia igrzysk olimpijskich” czy „Życie sportowe w PRL”.

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za granicą 2021 r.
*Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Żródło: DlaPolonii.pl




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.