Janusz Gajos – jeden z największych, jakich wydały polski ekran i polska scena

Umie zagrać, kogo tylko chce – od amanta, przez biskupa, po alkoholika. Wydaje się, że wszedł w swą postać bez reszty, definitywnie. Ale nie – interpretacja Janusza Gajosa zawsze zostawia widzowi przestrzeń dla jego własnych ocen.

Maturę Gajos (ur. 1939) zdał w śląskim Będzinie i jako nieśmiały chłopak z prowincji przez cztery kolejne lata startował na studia aktorskie. Bezskutecznie – za każdym razem przepadał na egzaminach z powodu „braku widocznych oznak talentu”. Był jednak uparty z charakteru i na studia w Łodzi dostał się, choć dopiero za piątym razem. Do egzaminów podchodził bowiem jak górnik do pracy w kopalni, konsekwentnie, wytrwale i uparcie. 

Taki też był w jego wykonaniu dowódca czołgu Janek Kos z serialu Czterej pancerni i pies (1966–1970) – dzielny młody człowiek, który z sukcesem pokonuje kolejne przeszkody w trudnych warunkach wojennych. Janusz był wtedy na czwartym roku studiów aktorskich. Na planie Pancernych nieustannie biegała za nim charakteryzatorka, która wylewała mu na włosy wiadra wody utlenionej. Dzięki temu ów szatyn wyglądał jak blondynek-cherubinek w mundurze ludowego wojska. Jego kreacja chwyciła bardziej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Prasa pisała, że serial „zaspokaja u młodych tęsknotę za własnym wzorcem bohatera”. Tylko w kinach film obejrzało 7 milionów widzów. Telewizja zaś w niedzielne poranki – aby odciągnąć młodzież od praktyk religijnych – pokazywała Klub pancernych. W szkołach organizowano akademie poświęcone serialowi. Aktorów w mundurach – razem z czołgiem – obwożono po kraju jak okazy cyrkowe. Kult Pancernych nakręcał się bez końca. Śpiewały o nich największe gwiazdy: Sława Przybylska wykonywała Piosenkę telegrafistki, duet Andrzej i Eliza Balladę pancerną, Krzysztof Krawczyk Załogę „Rudego”, a grupa Dwa Plus Jeden Kołysankę szarikową. Dziewczęta zaczęły zapuszczać długie warkocze, aby tylko upodobnić się do sanitariuszki Marusi (Pola Raksa). Moda na imię Szarik dla psa była zresztą tak powszechna, że nadawano je nawet jamnikom.

Serial miał oczywisty wydźwięk propagandowy, choć zdarzały się tu zabawne kiksy. Kiedy Olgierd, pierwszy dowódca czołgu, ogląda sztylet odziedziczony po dziadku, powstańcu styczniowym, wyjmuje go z pochewki tylko na tyle, by można było odczytać słowa „Honor i Ojczyzna”, ale już nie słowo „Bóg”.

Nic nie było w stanie zaszkodzić popularności Pancernych. Ani to, że film pokazywał wojnę jak piknik, ani to, że zbudowany był na kłamstwach historycznych. W 1967 roku za udział w tej „komunistycznej agitce” część środowiska aktorskiego przestała utrzymywać kontakty z Januszem Gajosem. Zwłaszcza od czasu, kiedy serial w 1967 roku otrzymał Nagrodę I Stopnia Ministra Obrony Narodowej. I tak Gajos wiele następnych lat przesiedział ze swą nadmiernie znaną twarzą w teatralnych bufetach, czekając na rolę, która uwolni go od piętna Janka Kosa. 

Ta przyszła dopiero po 13 latach. Filip Bajon zaproponował Gajosowi występ w Wahadełku (1981). Dla wielu to był szok, bo oto wymuskany Janek zagrał usmarkanego epileptyka w brudnym podkoszulku. Po tej roli kariera Janusza Gajosa znów nabrała tempa. Złachmanionego Janka przejęła do swego kabareciku Olga Lipińska, gdzie zagrał Tureckiego – woźnego, stróża, palacza – który trząsł całym teatrzykiem. Z cherubinka stał się chłopkiem-roztropkiem w waciaku i w berecie. Umiał tę rolę przekonująco zagrać, a publiczność chętnie ją kupowała. I kiedy Gajos trafił do szpitala na drobną operację, chirurg wybudzał go z narkozy: „No, panie Turecki, czas wstawać”. Wtedy aktor zrozumiał, że czas porzucić kolejną etykietkę, „prymitywa w gumiakach”. Po tych perypetiach została Gajosowi erotyczna chrypka dojrzałego mężczyzny o gardle wytrawionym przez papierosy i alkohol. I postanowienie – nigdy więcej szufladek!

Tymczasem powoli w modę wchodziło „kino moralnego niepokoju”, które przejęło Gajosa na przykład w roli awansowanego chłoporobotnika. W filmie Pełnia Andrzeja Kondratiuka (1979), który o sobie powie: „Ćwierć chłopa, ćwierć robotnika, razem pół litra”. W Kontrakcie Krzysztofa Zanussiego (1980) Gajosa przebrano za dyrektora z awansu – z grubą nadwagą i w modnym wtedy góralskim kożuchu. A przecież ten dyrektor nie wychodzi nad poziom starszego referenta z gminy. Po tej ścieżce posuwał się Gajos dalej, grywając typy odrażające, jak aparatczyk z Radiokomitetu w Człowieku z żelaza (1981) Andrzeja Wajdy czy demoniczny zbrodniarz stalinowski w Przesłuchaniu(1982) Ryszarda Bugajskiego. Gajos swoją interpretacją aktorską nie bronił tych typów, raczej starał się pokazać ich motywacje, oświetlić ich od środka. Tych postaci w jego wykonaniu nie sposób polubić, ale też nie sposób je zapomnieć. Tymczasem aktor dobiegał czterdziestki, zmężniał, lekko przytył i przestał się bać charakteryzacji.

Na przełomie PRL-u i nowej Polski pokazał na ekranie mężczyznę pięćdziesięcioletniego, zagubionego, który nie umie się ustawić wobec nowego świata. W Dekalogu IV (1989) Krzysztofa Kieślowskiego nie potrafi znaleźć wspólnego języka z własną córką, odzyskaną po latach. Kiedy ta pyta go: „To jak mam teraz do ciebie mówić?”, odpowiada po prostu: „Nie wiem”. I to „nie wiem” oznacza nie tylko nieumiejętność odnalezienia się w rodzinie, ale i w nowej Polsce, która zwaliła mu się na głowę. Zupełnie podobnie było w Ucieczce z kina Wolność (1990) Wojciecha Marczewskiego, gdzie Gajos dał twarz upadłemu cenzorowi. Ten najpierw usiłuje przekonać widza, że cenzura jest potrzebna i że będzie funkcjonowała w każdym systemie, a potem widzi, jak ten cały gmach mętnych spekulacji wali się z hukiem w gruzy.

W latach 90. pokazał się w kinie w sporej liczbie ról zapamiętanych na dłużej, chociaż prawdziwy koncert aktorski dał w filmie Łagodna Mariusza Trelińskiego, według opowiadania F. Dostojewskiego, gdzie stworzył postać niekochanego męża. Ten nad zwłokami żony dziwi się, że tyle przeżył, a tak niewiele z tego zrozumiał. Gajos często dobiera role takich niedostosowanych i odklejonych od świata. Nawet więcej – w nowszych rolach coraz częściej ustawia się w kontrze do granej postaci, zawsze się do niej dystansuje, często ironicznie wykrzywia wargi.

I to jest jego najlepszy komentarz do sztuki, którą tworzy.

Tekst Wiesław Kot, doktor nauk humanistycznych ze specjalnością literatura współczesna, profesor uniwersytecki SWPS, krytyk filmowy i publicysta. Autor ponad 30 książek, w tym ostatnio wydanej: „Manewry miłosne. Najsłynniejsze romanse polskiego filmu”.

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za granicą 2023 r.
*Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Źródło DlaPolonii.pl




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *