„Stawka większa niż życie” – polska odpowiedź na Jamesa Bonda

Kapitan Kloss to najbardziej udany bohater naszej popkultury. Był Polakiem, który w mundurze niemieckim szpiegował dla Związku Sowieckiego. Trudno – w tamtych latach nie można było pokazać go inaczej. A jednocześnie „Stawka” to najlepszy towar eksportowy Telewizji Polskiej – do dziś.

Powodzenie „Stawki większej niż życie” (1967) zasadzało się na tym, że: Kloss był człowiekiem sukcesu. To był ogromny kontrast wobec bohaterów Polskiej Szkoły Filmowej („Kanał”, „Lotna”), gdzie Polacy głównie bohatersko ginęli nie osiągnąwszy niczego. Kloss wygrywał i to nie na barykadzie, lecz w trakcie rozgrywki gabinetowej, w której liczyła się umiejętność przewidywania kilku ruchów przeciwnika. Poza tym był świetnym psychologiem, dziś powiedzielibyśmy: profilerem. Umiał szybko rozgryźć przeciwnika: kiedy trzeba huknął zza biurka, a innym razem rzucił zręczny komplement pod adresem zwierzchnika. Poza tym był przystojny, nosił najlepiej skrojony mundur tamtych czasów (niestety, niemiecki), podobał się licznym paniom – z obu stron frontu.

.

DlaPolonii.pl

.

Przeciw sobie miał bardzo przekonującego i wymagającego przeciwnika – idealny czarny charakter w osobie oficera SS Hermana Brunnera (Emil Karewicz). Kloss niemal w każdym odcinku poruszał się w ramach sprawdzonej układanki: oto przystojny oficer wywiadu, piękna córka wybitnego profesora, który pracuje nad nową bronią (Wunderwaffe), oraz oddział partyzancki operujący w okolicznych lasach. Za partnerów Stanisław Mikulski miał wielu doskonałych aktorów drugoplanowych – najlepszych z tamtych lat, jak Władysław Hańcza czy Leszek Herdegen („Najlepsze kasztany są na Placu Pigalle”). Jako serial „Stawka” była zmontowana perfekcyjnie – pokazywała tylko to, co niezbędne do napędzania akcji. Żadnego hamletyzowania, którego pełne było ówczesne polskie kino. No, i świetna oprawa muzyczna z tematem głównym na czele (kompozycja Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza). plus energetyczna czołówka. A przecież serial mieści błędy i absurdy, z których fani ułożyli długą listę. W filmie Kloss raz jest kapitanem, raz porucznikiem – na przemian. Jego łącznik z centralą – zegarmistrz grany przez Bronisława Pawlika – najpierw blisko z nim współpracuje, a w kolejnych odcinkach w ogóle go nie poznaje, a nawet każe go aresztować. A Leszek Herdegen raz gra oficera niemieckiego, a raz angielskiego. I tak dalej… 

Przygody Hansa Klossa najpierw pojawiły się w formie powieści (prawie 900 stron). Na szczęście filmowy agent różni się od powieściowego na korzyść. I to mocno. W książce jest neurotycznym patriotą doby gomułkowskiej. „Każde słowo wypowiedziane po niemiecku sprawiało mu ból” – czytamy. Rozkazom „organizacji konspiracyjnej”, która każe mu podpisać volkslistę, poddaje się z najwyższym wysiłkiem: „Tłumaczył, że chce walczyć z bronią w ręku, że chce zabijać ludzi, którzy zburzyli mu dom rodzinny”. Myśl, że mógłby pracować dla Rosjan, początkowo budzi w nim opór, ale ZSRR niebawem zaczyna go fascynować. „Ciekawił go ten kraj, słyszał o pięciolatkach, o Dnieprogessie i Magnitogorsku, fascynowało go przeobrażenie rolniczego kraju w potęgę przemysłową”. Do paktu Ribbentrop-Mołotow przekonał go jeszcze w obozie pracy francuski komunista, tłumacząc: „Stalin nie jest głupi. Wiedział, że w trzydziestym dziewiątym nie da rady Hitlerowi. Musiał mieć trochę czasu. Dlatego zawarł ten pakt”. Idea „powrotu Polski do macierzy” pojawia się w powieści pod postacią ulotek z hasłem „Wrocław był i będzie polski”, które agent znajduje na ulicach Breslau już w 1942 r. Tak jaskrawa propaganda na ekranie nie mogła się utrzymać. 

Kiedy serial pokazywała telewizja NRD, podglądało go pół Berlina Zachodniego, choć na co dzień nikt tam telewizji enerdowskiej nie oglądał. W Szwecji „Stawka” miała większą oglądalność niż mistrzostwa świata w hokeju, który jest tam sportem narodowym. W Macedonii po emisji serialu obwożono Mikulskiego po najważniejszych miastach jak koronowaną głowę. Na rynkach gromadził większe tłumy niż towarzysz Josip Broz Tito, ówczesny przywódca Jugosławii. W Budapeszcie na święcie narodowym, które zgromadziło partyjnych przywódców z I sekretarzem partii Jánosem Kádárem, konferansjer rzucił w stronę widowni: „Na kogo jeszcze czekamy?” „Na Klossa!” – ryknęło sto tysięcy gardeł. I Mikulski pojawił się – na rydwanie umajonym kwiatami, ciągniętym przez osiem koni, którym zrobił rundę honorową wokół stadionu. A kiedy jeszcze strzelił bramkę w meczu artyści kontra dziennikarze, stało się jasne, że publiczność go po prostu ze stadionu nie wypuści. Asa wywiadu trzeba było wywieźć w bezpieczne miejsce pod siedzeniem samochodu, dodatkowo przykrytego kocem. Takie przymusowe, konspiracyjne ucieczki ze spotkań z tłumami fanów zdarzały się także w Związku Radzieckim – Klossa oglądano tam od Bugu po Kamczatkę. Mikulskiego rozpoznawano nawet w na ulicah Ułan Bator, stolicy Mongolii. Na Festiwalu w Kołobrzegu w roku 1969 wywołał tak huraganowy entuzjazm widzów, że trzeba go było deportować przez kotłownię, a następnie odwozić cichcem karetką pogotowia. 

Ale też, gdy w czasach PRL-u trzeba było pani garderobianej z teatru załatwić przydział na mieszkanie, do biura wysyłano „kapitana Klossa”. Skutkowało. Ten sukces przeniósł się nawet na nasze czasy. We Wrocławiu odbywały się maratony oglądania serialu, a także konkurs na jego znajomość. W Olszynie jeden zaułków miasta nazwano zaułkiem „Stawki większej niż życie”. A Stanisław Mikulski odcisnął dłoń w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach. Jego pogrzeb w 2014 zgromadził tłumy, jakich nie widuje się w trakcie pożegnań gwiazd współczesnych seriali. 

Kloss wywołał w kinematografiach Krajów Demokracji Ludowej powszechną filmową szpiegomanię. Serial „Kim jesteście, Wenkow?” opowiadał dzieje z kolei bułgarskiego agenta zakonspirowanego w strukturach SS. Radziecki Standartenführer Max Stirlitz (Wiaczesław Tichonow) szpiegował nawet z Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy w tamtejszym serialu „Siedemnaście mgnień wiosny” (1973). Perypetie tego agenta były tak nieprawdopodobne, że „demoludy” zalała fala dowcipów typu: „Stirlitz zamyślił się. Spodobało mu się, więc zamyślił się po raz drugi”. Zresztą polsko-radziecka kinematografia wykorzystała jeszcze w 1984 roku duet aktorski Tichonow-Mikulski w filmie „Europejska historia”. Tu Rosjanin grał „postępowego” kandydata na prezydenta jednego z krajów Zachodu, a Polak – dziennikarza gazety komunistycznej demaskującego reakcyjny spisek uknuty przeciwko niemu. Podobną kontynuację polskich fabuł szpiegowskich przyniósł serial „Życie na gorąco” (1978). W Wiedniu następca Klossa, redaktor Maj (Leszek Teleszyński”, wpada na trop międzynarodowej organizacji „W”, kierowanej przez byłych hitlerowców z nieuchwytnym doktorem Gebhardtem na czele. Ta sitwa wysługuje się międzynarodowej reakcji. Kiedy grecka junta pułkowników usiłuje zgładzić postępowego malarza Viotoriosa Makrisa, dzielny redaktor Maj ratuje go dzięki pomocy działaczy miejscowej lewicy. W Marsylii udaremnia przerzut broni dla reakcyjnych secesjonistów zwalczających postępowy rząd afrykańskiej Republiki Górnego Wybrzeża. Kiedy rewolucyjny rząd południowoamerykańskiej republiki o nazwie Antiqua odkryje złoża uranitu, redaktor wybroni je przed zakusami zbrodniczego kapitału. Itd, itp. Były to już jednak bajędy, które przekraczały wszelkie reguły prawdopodobieństwa i dobrego smaku. 

Wiesław Kot, doktor nauk humanistycznych ze specjalnością literatura współczesna, profesor uniwersytecki SWPS, krytyk filmowy i publicysta. Autor ponad 30 książek, w tym ostatnio wydanej: „Manewry miłosne. Najsłynniejsze romanse polskiego filmu”.

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za granicą  2023 r.
*Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Źródło DlaPolonii.pl




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *