Z cyklu opowiadania, cz.12: Opowiadała nam kiedyś niejaka pani Jadwiga Doroszewska…

Opowiadała nam kiedyś niejaka pani Jadwiga Doroszewska ze wsi
Bójki, a byłam u niej kilka razy za jej życia. Raz to zajechaliśmy rowerami z całą grupą dzieciaków naszych młodych czytelników, jechaliśmy na wycieczkę do Lasu Parczewskiego. Już wówczas była osobą starszą podpierała się laską, ale jeszcze energiczną, chętną do opowiadań, chodziła w takim kubraczku serdaczku na kożuszku podszytym, pamiętam jak jeden
z dzieciaków zapytał mnie czemu ta pani tak ciepło ubrana, a był ciepły czerwiec, dzisiaj wiem czemu, bo sama przeciągów się boję.

A naopowiadała nam o chrztach i pochowkach jak to było dawniej za jej młodości, po roku 1875 Polaków Unitów przymusem wcielano do prawosławia, zmuszano pod karą śmierci, nasze tereny należały do zaboru rosyjskiego, działy się tu różne wydarzenia i najrozmaitsze historie. Temat
Unitów z Jam, Babianki, Tyśmienicy opisano w kilku publikacjach, dodam usłyszane relacje z ust ludzi, którzy to przeżyli lub usłyszeli z opowiadań od swoich rodziców, dziadków, nie znajdziemy opisanej relacji w żadnej dostępnej regionalnej publikacji, są to historie przekazywane z ust do ust.
Chciano naszą polską kulturę i dziedzictwo narodowe stłamsić w zarodku, ale nie udało się. Otóż dziady pani Doroszewskiej byli Unitami, mówiła, że kilka rodzin unickich było w tejże wsi, wolności religijnej żadnej nie mieli, ale ducha polskości nie utracili pomimo 123 lat niewoli, przekazywano co najdroższe co najświętsze młodym pokoleniom i tak to uchowała się
zbożna sprawa i przyszła po wielu latach wymarzona wolność. A za tamtego okresu, jak ktoś umarł unickiej rodziny, popa poinformowano, a on wysyłał swoich strażników na przeszpiegi, i oni pilnowali ciało nieboszczyka, by czasem rodzina się nie pomyliła i nie zawiozła zmarłego na cmentarz katoliki, więc stali przed chałupą i pilnowali, tymczasem
rodzina i sąsiedzi modlą się i modlą, pieśni śpiewają jedne po drugiej, a tu zbliża się już wieczór, i mróz wzmaga się coraz mocniejszy, drogi zawiane, rodzina zmęczona, zimno w domu, dzieci piszczą z głodu, sanie naszykowane, tylko do wyjechania, a tu zapora – strażnicy, „niet i niet” mówią, w żaden sposób nie pozwalają zmarłego wyprowadzić z domu, godzą się na pochowek ale na cmentarzu prawosławnym, a prawosławny cmentarz znajdował się w drugim końcu miasteczka, pamiętam ten cmentarz, chodziłyśmy z dziewczynami na barwinek, groby
tam jeszcze były. Nie udało się przekupić strażników, ani samogonką ani rubelkami, rad nie rad z wielkim płaczem pochowano zmarłego na prawosławnym przy ich eskorcie, a rodzina załamana, przywieziono
popa, obrzędów swoich dokonał utworzono trumnę sprawdzono czy nieboszczyk w niej leży i pochowano. Ale czego ludzie nie wymyślą, jeszcze tej samej nocy kiedy strażnicy opuścili cmentarz, przyjechały sanie z kilkoma ludźmi z Bójek, wykopano trumnę z nieboszczykiem, a na to miejsce wsadzono drugą trumnę z kamieniami, by grób nie był pusty, bo mogli sprawdzić, i na naszym cmentarzu po raz drugi dokonano
pochówku.
A resztę to mróz dokonał i rozwiał wszelkie wątpliwości, bo jeszcze tej nocy tak mocno skuł ziemię, i przycisnął i trzymał tak aż do wiosny.

Autorka opowiadania: Celina Rapa




Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

+ 55 = 61