Eliza Segiet i opowiadanie pt. Oficerki

Pani Eliza Segiet przesłała do Redakcji opowiadanie pt. Oficerki.

Tym razem opowiadanie możemy przeczytać w dwóch wersjach językowych, w polskiej i włoskiej.

Zapraszamy do lektury.

Oficerki
Nie było takiego spotkania z Pawłem Roszkowskim żeby nie wracać do tamtego czasu, czasu dramatu człowieka uwikłanego w wojnę. Zawsze nasze rozmowy nawiązywały do historii, którą znam z opowiadań, a on był jej świadkiem. Tak było i tym razem, kiedy w pożydowskiej, krakowskiej
kamienicy, która zawsze (nie wiem dlaczego) u Pawła rodziła wspomnienia.


Swoją opowieść zaczął ze łzami w oczach.


To był zwykły majowy dzień 2001 roku kiedy od listonosza otrzymałem przesyłkę. Upłynęło prawie sześćdziesiąt lat od wojny kiedy otworzyłem list, w którym były wyczekiwane informacje. Długo poszukiwałem tych, których z moją mamą ukrywaliśmy w tym okrutnym czasie. Wciąż słyszałem jedno: nie możemy znaleźć śladu. Pisałem do Profesora Strzembosza, do Ambasady Izraela, do Komitetu Upamiętniającego Polaków Ratujących Żydów. Pisałem wszędzie gdzie wydawało mi się,
że można było znaleźć jakikolwiek ślad.


Nie miałem pewności, że oni przeżyli, ale nie traciłem nadziei. Obiecałem mojej mamie – jeszcze przed jej śmiercią – że zanim umrę ich odnajdę. Najważniejsze dla mnie jest to, że dotrzymałem słowa. Odnalazłem. Wiedziałem, że muszę jak najszybciej z nimi się skontaktować. Kiedy się
dodzwoniłem, bardzo trudno było mi rozmawiać. Spytałem, czy mam dobry numer telefonu do osób, które część wojny spędziły w Jedlni Letnisko? Wtedy w słuchawce zapadła cisza. Przerażająca cisza. Nawet bałem się, że dostałem złe namiary. Znowu spytałem: słyszy mnie pani? Cisza trwała nadal, wydawało mi się, że to milczenie jest zbyt długie. Pomyślałem, że może mam dobry kontakt, tylko oni chcą wymazać z pamięci tamten czas? Nagle w słuchawce usłyszałem:

-Tak, spędziłam część wojny w Jedlni, a pan w jakiej sprawie?


Już wiedziałem, że dobrze się dodzwoniłem.


– Dzwonię – nie było mi łatwo mówić, płakałem – bo chciałbym się z panią spotkać.
– Nie mam zamiaru się z nikim spotykać – usłyszałem w słuchawce.
– Marysiu, to ty? – spytałem.
– Tak, a powie mi pan w końcu o, co chodzi?
– Marysiu, mam na imię Paweł. W czasie wojny schroniliście się z rodziną w naszym domu.
– Paweł? Ten Paweł?
– Tak.

Do Marysi pojechałem pociągiem.

Foto: Pixabay

Przyjechała po mnie na dworzec razem z mężem. Zaczął się straszny płacz. Po tylu latach nie byliśmy w stanie się rozpoznać. W czasie wojny Marysia miała 4- 5 latek. Była bardzo mądra, radziła sobie z wszystkim. Umiała kłamać. Pamiętam jak mówiła: mój tata nie żyje, mój tata nie żyje. Tak była nauczona, na wszelki wypadek. A sytuacja była niewyobrażalna, bo w domu, w którym mieszkaliśmy, stacjonowali Niemcy, a jej ojciec był zamurowany… piętro wyżej. Wystarczyło nacisnąć jedną deszczułkę, a odkrywała się skrytka. Mała, ciasna… nora!


– To była jednocześnie nora życia i śmierci.

– Masz rację – odpowiedział płacząc – jeden niewłaściwy ruch, jedna pomyłka i zginęlibyśmy wszyscy. Dziwiłem się mojej mamie, że chce, że nie boi się ukrywać całej rodziny. A mama mi odpowiadała, że ukrywa tylko ojca dzieci dwóch małych dziewczynek, które po wojnie chciałyby
mieć normalny dom. Nikt nie wiedział kiedy skończy się ten koszmar, ale skoro trzeba pomóc to trzeba.


– A jakim sposobem, a może raczej jakim cudem udało im się dotrzeć do Jedlni?

To dobre pytanie. On, Józef, miał bardzo semickie rysy i gdyby nie to, że znał perfekt niemiecki pewnie nie udałoby się im przedostać. Nie mógł narażać rodziny. Nie jechali razem, to był 1941 rok. Najpierw przyjechał on, a dopiero po paru dniach moja matka przywiozła z getta jego żonę z córkami. Józek przejechał pociągiem w mundurze żandarma. Ten ubiór uratował mu życie, nigdy w normalnym (cywilnym) ubraniu nie udałoby mu się przedostać. Właściciel domu przyprowadził go (ubranego w
niemiecki mundur!) do mojej mamy, która ze strachu prawie zemdlała, bo żeby przeżyć handlowała mięsem. Wtedy wszystko było zakazane, za to też groziła kara śmierci. Była przekonana, że wpadła! Wtedy Błasiak (właściciel domu), który był spokrewniony z żoną Józka uspokoił ją i powiedział:


– Nie martw się, to jest Żyd. Żyd z Tomaszowa Mazowieckiego. Czy mogłabyś go ukryć?


Dla mojej matki nigdy nie było rozróżnienia na wiarę, na pochodzenie, dla niej liczył się zawsze człowiek i tylko on. Oczywiście zgodziła się, a kiedy już powiedziała tak, usłyszała, że za kilka dni dojedzie jeszcze dalsza żydowska rodzina (bo dla Niemców żona Żyda była Żydówką). Dziewczynki miały rysy wyraźnie wskazujące na pochodzenie, ale jakoś dało się to ukryć. Natomiast Józek był wzorem Żyda! To nie znaczy, że miał pejsy i nosił jarmułkę. Tak nie było, ale pomimo to musiał być schowany, ukryty, czy jak ktoś woli na jakiś czas musiał zniknąć. Ludzie nienawidzili Żydów i chyba
tak jest do tej pory. A ja ich kocham i moim marzeniem jest mieć obywatelstwo izraelskie, a mój pogrzeb musi być dwuetapowy, czy jak to nazwać. Musi mnie pochować, pokropić ksiądz, a później musi mnie pożegnać Rabin.


– Ale masz marzenia! Nie myślisz o tym, za wcześnie?
– To nie jest zbyt wcześnie, musi ktoś znać moje marzenia.
– Nie wiem, co powiedzieć.
–Nie mów nic, tylko słuchaj.

Kiedyś żandarmi odjechali na swoich koniach, wszyscy myśleli, że wrócą jak zwykle: za dwie albo trzy godziny. To był jedyny czas kiedy Józek mógł opuścić swoją kryjówkę. Wtedy można było mu coś wyprać, przewietrzyć norę i wylać z wiadra. Niemcy – nie wiem dlaczego – czasami nikogo nie
zostawiali na warcie – kiedy Józek wszedł do naszego mieszkania okazało się, że oni galopem wracają. Nie było już szans na ucieczkę – Józek miał wybór: ratować życie albo natychmiast zginąć razem z wszystkimi! Próbował ratować nas i siebie! Nie wiem jakim cudem, ale wyrwał z pieca
drzwiczki, całą twarz wysmarował sadzami – uznał, że to jest jedyny sposób.

Foto: Pixabay


– Kamuflaż? Był bystry!
– Widziałaś Żyda, który by nie był bystry?
– Nie wiem, czy widziałam. Ludzie nie mówią, że są Żydami. A zresztą, co mnie obchodzi jakie kto
ma pochodzenie?
– Mówiłem ci, że masz słuchać…
Nagle do mieszkania wbiegł żandarm. Wszyscy struchleli, ale nie dawali po sobie poznać. A on pyta:
– Kto to jest?
– Zdun.
– Gut, gut, dobrze robi, będzie ciepło.


Potem żandarmi weszli na chwilkę do siebie, po czym odjechali. A my wszyscy zostaliśmy z problemem… trzeba było szukać zduna, żeby naprawić zepsuty przez Józka piec. Taki los ukrywanych i ukrywających. Taki los, kiedy człowiek człowiekowi wilkiem. To jest jedna z opowieści,
ale są jeszcze gorsze, takie, w które trudno uwierzyć…


Pewnego upalnego dnia Józek nie miał już, co zrobić ze swoim przepełnionym wiadrem. Przez szparkę swojej kryjówki zobaczył, że żandarmi odjeżdżają. Pomyślał, że to jedyny moment na opróżnienie wiaderka. Trzeba było coś nacisnąć, żeby niby-okienko w ogóle się otworzyło. Przecież nie mogło ono być widoczne z zewnątrz. Nie zastanawiając się długo otworzył swoje niby-okno, które było jednym z elementów skrytki i wylał całą zawartość wiadra wprost na głowę żandarma. Nie wiedział, że ten stoi na warcie. Wtedy się zaczęło! Niemiec dostał szału, biegał wokoło domu. Szukał miejsca, z którego spadł na niego ten – nie ma, co ukrywać – śmierdzący deszcz. Kiedy wrócili żandarmi natychmiast zaczęli sprawdzać cały dom. Janka, żona Józka, była bardzo wierzącą i praktykującą katoliczką – leżała krzyżem i modliła się o cud. W całym domu było bardzo głośno, wszyscy krzyczeli, walili w ściany, do tego ten przeraźliwy stukot oficerek. Kiedy zeszli ze strychu wrzask był jeszcze donioślejszy. Pięciu rosłych żandarmów krępowało tego jednego i krzyczeli: jesteś idiotą, jesteś durniem! Wsadzili go za kratki na siedem długich dni i nocy. Nikt z nas nie mógł zrozumieć jakim cudem podczas przeszukana domu nie nacisnęli tej jednej, jedynej deseczki, która zabezpieczała bezpieczny świat Żyda.


– Wiem, co było dalej. Dalej jeden Niemiec okazał się Człowiekiem. A człowiek to brzmi dumnie.


Dokładnie tak było. Kiedy Niemcy już uciekali z Jedlni do Janki doszedł jeden z nich i powiedział:

– Nawet nie wiesz jak ja się cieszę, że na moich oczach udało mi się uratować człowieka. Cieszę się, że twój mąż przeżył.
– Hans, co ty mówisz? Mój mąż od dawna nie żyje.
– Janka, ja też mam dwie córki. Jak dojadę do Berlina powiem o wszystkim mojej żonie i dzieciom. Będą ze mnie dumne.


Nigdy więcej nie dał znaku życia. Może nie natrafił… na Człowieka.


Pawle, te opowieści są niesamowite. Jakby z innego świata! Wróćmy może do tego jak spotkałeś się z Marysią? Co było później?


Dokładnie to, co powiedziałem tobie – siedzieliśmy godzinami i wspominaliśmy te okrutne czasy. Ona pewnie więcej pamiętała raczej z opowiadań, przecież kiedy był ten czas była malutka, a w dodatku matka chroniła je obie jak tylko mogła. Przeżyli wszyscy. To znaczy przeżyli ci, co ich ukrywaliśmy, bo cała rodzina Józka zginęła w jakimś obozie. A Marysię kocham jak swoje dziecko. Miałem 14 lat, kiedy do nas przyjechali. Musiałem się z nią bawić, żeby odciągać ją od rzeczywistości. Była ze mną, a może ja z nią… dzisiaj 3 lipca 2005r. w Synagodze Tempel w Krakowie. To jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu: odebrałem medal Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, moja mama też dostała, ale już pośmiertnie. Cieszę się, że udało mi się dotrzymać obietnicy złożonej matce. Dotrzymałem słowa!


A pamiętasz, że na moim pogrzebie chcę, aby był Rabin?


Paweł Roszkowski zmarł w szpitalu 24 maja 2009 r.


W Muzeum Historii Żydów Polskich brał udział w projekcie Polscy Sprawiedliwi- Przywracanie Pamięci. Honorowe obywatelstwo Państwa Izrael miał dostać 28.06.2009 lecz z uwagi na bardzo zły stan Jego zdrowia zostało ono wręczone ( przez pracownika Ambasady Izraela) w nowohuckim szpitalu, na chwilę przed śmiercią Pawła Roszkowskiego, a na Jego pogrzebie był ksiądz, Rabin i Marysia.

WERSJA W JĘZYKU WŁOSKIM

Stivali da ufficiale


Non c’è stato un incontro con Paweł (Paolo) Roszkowski durante il quale non si ritornasse a evocare quel tempo, il tempo del dramma dell’uomo coinvolto nella guerra. Le nostre conversazioni hanno sempre fatto riferimento a una storia che conosco dai racconti, mentre egli ne era stato testimone. È stato così anche quella volta, quando si è capitati in un
palazzo post-ebreo di Cracovia il quale, non so perché, sempre aveva richiamato i ricordi di Paweł.


Ha iniziato il suo racconto con le lacrime negli occhi.


Era una normale giornata di maggio del 2001 quando il portalettere mi ha consegnato una lettera. Erano trascorsi quasi sessant’anni dalla fine della guerra, quando ho aperto la lettera che conteneva le informazioni che aspettavo. Avevo cercato a lungo quelli che insieme con la mia mamma nascondevamo in quel tempo crudele. Avevo sempre sentito ripetere la stessa frase: non riusciamo a trovare una traccia di loro. Avevo scritto al Professore Strzembosz, all’Ambasciata di Israele, al Comitato per Commemorazione dei Polacchi che Salvavano gli Ebrei. Avevo scritto ovunque, dove mi sembrava di poter trovare qualsiasi traccia.


Non avevo certezza che loro fossero sopravvissuti, ma non perdevo la speranza. Avevo promesso alla mia mamma – ancora prima della sua morte – che prima di morire li avrei rintracciati. Il più importante per me è che io abbia mantenuto la parola. Li ho ritrovati. Sapevo di doverli contattare al più presto possibile. Quando ho chiamato mi era molto difficile parlare. Ho chiesto se avessi il numero di telefono giusto delle persone che avevano
trascorso una parte della guerra a Jedlnia Letnisko Allora dall’altra parte mi ha risposto il silenzio. Un silenzio spaventoso. Avevo paura di aver ottenuto il recapito sbagliato. Ho chiesto di nuovo: mi sente? Il silenzio continuava a durare, e mi è sembrato che fosse troppo lungo. Ho pensato che poteva darsi che avessi il contatto buono, ma che loro volessero cancellare quel tempo dalla memoria. A un tratto ho sentito nella cornetta:


-Sì, ho passato una parte della guerra a Jedlnia, e lei per che cosa sta chiamando?


Ho capito di aver chiamato al numero giusto.

-Sto chiamando – non mi è stato facile parlare, stavo piangendo – perché vorrei incontrarla, signora.
– Non ho intenzione d’incontrare nessuno – ho sentito in risposta.
– Marietta, sei tu? – ho chiesto.
– Sì, ma può dirmi infine di che cosa si tratta?
– Marietta, mi chiamo Paweł. Durante la guerra vi siete rifugiati con la famiglia in casa
nostra.
– Paweł? Questo Paweł?

– Sì.


Sono andato da Marietta con il treno. È venuta insieme con suo marito a prendermi alla stazione. Si è scoppiati in tremendo pianto. Dopo tanti anni non eravamo capaci di riconoscerci. Durante la guerra Marietta aveva 4-5 anni. Era molto saggia, se la cavava con tutto. Sapeva mentire. Mi ricordo di come andasse dicendo: il mio papa è morto, il mio papa è morto. Era stata istruita così, per ogni eventualità. E la situazione era inimmaginabile, perché nella casa in cui abitavamo erano di stanza dei tedeschi, e suo padre era murato… al piano di sopra. Bastava premere una tavoletta e si apriva un nascondiglio. Piccolo, stretto… una tana!


– Quella era stata nello stesso tempo una tana della vita e della morte.
– Hai ragione – ha riposto piangendo – bastava un solo movimento sbagliato, un errore e morivamo tutti quanti. Mi stupiva che la mia mamma volesse, che non avesse paura di nascondere l’intera famiglia. E la mamma mi rispondeva che nascondeva solo il padre delle due piccole bambine che dopo la guerra avrebbero voluto avere una casa normale. Nessuno sapeva quando quell’incubo avesse finito, ma poiché era necessario dare una mano, si doveva farlo.


– E in che modo o forse per quale miracolo erano riusciti a raggiungere Jedlnia?


È una buona domanda. Lui, Józek (Beppe), aveva i lineamenti molto semita e non fosse stato il fatto che conoscesse perfettamente il tedesco, sicuramente non sarebbero riusciti a passare. Non poteva esporre la famiglia al rischio. Non avevano viaggiato insieme; era l’anno 1941.
Prima era arrivato lui, e solo alcuni giorni dopo mia madre aveva portato dal ghetto sua moglie con le figlie. Józek era arrivato in treno, vestito in divisa di gendarme. Quel vestito gli aveva salvato la vita, in un vestito normale (borghese) non sarebbe riuscito mai a passare. Il proprietario lo aveva condotto (vestito in divisa tedesca!) dalla mia mamma che per poco non svanisse dalla paura, perché per sopravvivere commerciava in carne. A quell’epoca tutto era proibito, e anche per quello incombeva la pena di morte. Era convinta di esserci stata cascata! Allora Błasiak (proprietario della casa) che era imparentato con la moglie di Józek l’aveva calmata e le aveva detto:


– Non ti preoccupare, è un ebreo. Un ebreo di Tomaszów Mazowiecki. Potresti nasconderlo?


Per mia madre non era mai esistita una distinzione di fede e di origine; per lei contava sempre l’uomo e solo lui. Naturalmente ci aveva acconsentito e quando aveva già detto di sì, aveva sentito che qualche giorno dopo sarebbero arrivati ancora più membri della famiglia ebrea (poiché per i tedeschi la moglie di un ebreo era ebrea). Le bambine avevano i lineamenti che indicano palesemente la loro origine, ma si era riusciti a mimetizzarlo. Józek, invece, era un ebreo esemplare! Ciò non vuol dire che aveva le ciocche di capelli pendenti dalla tempia all’orecchio e portava una calotta. Non era così, ma nonostante ciò doveva essere nascosto ose uno preferisce per un certo tempo doveva scomparire. La gente odiava gli ebrei e forse così è finora. Io invece gli amo e il mio desiderio è avere la cittadinanza israeliana, e il mio funerale dev’essere di due tappe o come dirlo – deve seppellirmi, aspergermi un sacerdote, e dopo deve salutarmi un Rabbino.


– Che tipo di desideri hai! Non ci pensi troppo presto?
– Ciò non è troppo presto, qualcuno deve conoscere i miei desideri.

– Non so cosa dirti.
–Non dire niente, solo ascoltami.


Una volta i gendarmi erano partiti con i loro cavalli e tutti pensavano che sarebbero tornati come al solito: due o tre ore più tardi. Questo era l’unico momento in cui Józek potesse uscire dal suo nascondiglio. Allora si poteva lavargli qualcosa, ventilare la sua tana e svuotare il secchio. I tedeschi – no so perché – a volte non mettevano nessuno di guardia; quando Józek
era entrato nella nostra abitazione, ci eravamo accorti che loro stavano ritornando di galoppo. La fuga era ormai impossibile – Józek aveva una scelta: salvare la vita o morire sul colpo insieme con tutti! Aveva tentato di salvare noi e se stesso! Non so per quale miracolo, ma aveva strappato dal forno il portello e si era imbrattato tutto il viso con fuliggine – l’aveva
considerato l’unico modo di salvezza.


– Mascheramento? Era perspicace!
– Hai mai visto un ebreo che no fosse perspicace?
– Non so se l’abbia visto. La gente non dice di essere ebrea. E del resto che m’importa l’origine della gente?
– Ti ho detto di ascoltarmi…


Un gendarme era entrato di colpo nella nostra stanza. Tutti restavano sbigottiti, ma non lo lasciarono intendere. E lui a chiedere:


– Chi è?
– Il fumista.
– Gut, gut, fa bene, farà caldo.


Poi i gendarmi erano entrati per un po’ nella loro abitazione, dopodiché erano ripartiti. E noi eravamo rimasti con il problema… si doveva cercare un fumista per far riparare il forno guastato da Józek. Tale era la sorte di chi era nascosto e di chi nascondeva. Tale è la sorte, quando l’uomo è lupo per altro uomo. È solo una delle storie, ma c’è ne sono peggiori, tali
che si fa fatica a crederci…


In una giornata di caldo Józek non poteva più tenere il suo secchio traboccante. Da una fessura del suo nascondiglio aveva visto che i gendarmi stavano partendo. Aveva pensato che fosse l’unico momento opportuno per svuotare il secchio. Si doveva premere qualcosa perché si potesse aprire una quasi-finestra. Eppure essa non poteva essere visibile dall’esterno. Non
pensandoci più di tanto aveva aperto la sua quasi-finestra che costituiva uno degli elementi del nascondiglio e aveva svuotato tutto il contenuto del secchio… direttamente sulla testa di un gendarme. Non sapeva che questi stava di guardia. Ed era cominciato! Il tedesco era andato in bestia e stava correndo intorno alla casa, cercando il posto da cui gli era piovuta
addosso quella – non c’è da nascondere – quella pioggia puzzolente. Quando i gendarmi erano rientrati, avevano subito iniziato a perlustrare tutta la casa. Janka (Giovanna), la moglie di Józek che era molto credente e cattolica praticante giaceva supina e pregava per un miracolo. In tutta la casa si sentiva un gran rumore, tutti stavano gridando, battendo fortemente contro le pareti, e in più si sentiva quel terrificante battere degli stivali da ufficiale. Quando erano scesi dalla soffitta, le urla erano ancora più forti. Cinque grandi gendarmi legavano quell’uno di loro, gridando: sei idiota, sei stupido! L’avevano messo in gattabuia per sette lunghi giorni e notti. Nessuno di noi riusciva a capire per quale miracolo durante il rovistio della casa non avessero pressato quell’una, l’unica tavoletta che proteggeva il mondo sicuro dell’ebreo.


– So quello che era successo dopo. Dopo uno dei tedeschi si era rivelato un Uomo. E l’uomo – suona dignitosamente.


Era stato esattamente così. Quando i tedeschi scappavano già da Jedlnia, uno di loro si era avvicinato a Janka e disse:


– Non sai neppure quanto mi rallegri che ai miei occhi si sia riuscito a salvare un uomo. Mi rallegro che tuo marito sia sopravvissuto.
– Hans, che cosa stai dicendo? Mio marito è morto da tanto tempo.
– Janka, anch’io ho due figlie. Quando arriverò a Berlino, dirò tutto a mia moglie e alle mie figlie. Saranno fiere di me.


Non aveva mai più dato segno di vita. Può darsi che non si fosse imbattuto in… un Uomo.


Paweł, questi tuoi racconti sono incredibili. Come storie di un altro mondo! Magari torniamo al tuo incontro con Marietta? Che cosa è successo dopo?


Esattamente quello che ti ho detto – stavamo seduti per ore e ore a ricordare quei tempi crudeli. Ella ricordava sicuramente di più dai racconti, giacché in quel periodo era piccolina, e per per giunta la madre le proteggeva ambedue come poteva. Erano sopravvissuti tutti. Vuol
dire che erano sopravvissuti quanti avevamo nascosto, perché tutta la famiglia di Józek era morta in un campo di sterminio. Ed io amo Marietta come la propria figlia. Avevo 14 anni quando erano arrivati da noi. Dovevo giocare con lei per distrarla dalla realtà. Oggi, il 3 luglio del 2005, è stata con me o forse io con lei… nella Sinagoga Tempel a Cracovia. È una delle
più belle giornate della mia vita. Ho ricevuto la medaglia di Giusto fra le nazioni, anche la mia mamma ne è stata insignita, ma già dopo la morte. Mi rallegro di esser riuscito a mantenere la promessa data a mia madre. Ho mantenuto la parola!


E ti ricordi che voglio che al mio funerale assita un Rabbino?


Paweł Roszkowski è morto in ospedale il 24 maggio del 2009.
Nel Museo di Storia degli Ebrei Polacchi ha partecipato al progetto Giusti Polacchi – Ripristino della Memoria. Doveva ottenere la cittadinanza onorifica dello Stato di Israele il 28.06.2009, ma per via del suo cattivo stato di salute essa gli è stata consegnata (da un lavoratore dell’Ambasciata di Israele) nell’ospedale di Nowa Huta un momento prima della
sua morte. Al funerale di Paweł Roszkowski hanno assistito un sacerdote cattolico, un Rabbino e Marietta.

Traduzione Piotr Skoczowski

Eliza Segiet – absolwentka studiów magisterskich Wydziału Filozofii, autorka siedmiu tomów wierszy, monodramu, farsy i minipowieści. Jej teksty można znaleźć w licznych antologiach, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich oraz World Nations Writers Union. Laureatka Międzynarodowej Publikacji Roku (2017 r., 2018 r.) w Spillwords Press (USA) oraz Nagrody Literackiej Złota Róża im. Jarosława Zielińskiego (za tom Magnetyczni) w 2018 r. Dwukrotnie jej wiersze (2018 r., 2019 r.) zostały wybrane jako jedne ze 100 najlepszych wierszy roku  w International Poetry Press Publications (Kanada). W The 2019 Poet’s Yearbook  została nagrodzona prestiżową nagrodą Elite Writer’s Status Award jako jeden z najlepszych poetów 2019 r. Nominowana do Pushcart Prize 2019 oraz laureatka Naji Naaman Literary Prize 2020. Laureatka I miejsca ( kategoria – poezja zagraniczna ) – w konkursie Quando È la Vita ad Invitare za wiersz Być sobą (Włochy, 2019 r.). Wyróżnienie w konkursie Premio InternazionaleSalvatore Quasimodo (Włochy, 2019 r.). Nagroda Specjalna we włoskim konkursie I POETI SONO MAESTRALI za wiersz Wycofany (Włochy, 2019 r.)




Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *